DOM – AKT VIII – To jest już koniec

DOM – AKT VIII – To jest już koniec
Klik klik:

>> W poprzednich odcinkach <<

Trzy odcienie szarości

Koniec tej nierównej walki z czarnymi charakterami biura nieruchomości, szarymi eminencjami notarialnych sekretariatów czy nieco wyegzaltowaną i białą jak kozie mleko, sprzedawczynią naszej wymarzonej nieruchomości planowaliśmy z Sonią opisać wcześniej. Naprawdę! To jest nie później niż w dniu, w którym wprowadzimy się do naszej upragnionej hacjendy. Nie wyszło.

Stos innych zajęć niczym pełen zlew naczyń po wigilijnej kolacji przytłoczył nas dobitnie i skutecznie. Byliśmy  bez szans na wyciszenie i swobodne muskanie klawiszy komputrona. Bez nadziei na odprężające, beztroskie umazywanie niewinnie białej kartki wirtualnego papieru. Do teraz.

Dygresje bez celu

Dzisiaj mija dwunasty dzień, od kiedy weszliśmy do domu w Sulejówku jak do siebie i jak na swoje. Po przeszło tygodniu znalazłem nieco czasu, oprzytomniałem i uspokoiłem myśli, by móc skończyć to, co pozostawiliśmy za sobą. Tyle, że gdy już usiadłem i spróbowałem sobie przypomnieć ostatni akt przydługiej, choć zakończonej z sukcesem historii, z bólem zdałem sobie sprawę, że zadanie, ten ostatni etap, wcale nie będzie tak prosty, jak przypuszczałem.

Siadam bowiem, wracam pamięcią do tamtych chwil i amba. Mam pustkę w głowie i ze zgryzoty próbuję sobie to wszystko co się wtedy działo przypomnieć w skupieniu. Skupienie teraz, po tym wszystkim to nie lada wyzwanie. Nawet mi się to powoli, tak, bardzo powoli udaje, ale wszystkie fakty przeciekają do świadomości z tempem kropel z cieknącego nosa w szóstym dniu kataru.

Kilka chwil później

Kiedy już naciekło co trzeba, odkrywam z przykrością że wydzielina jest na tyle rzadka, że wybaczcie, ale przejdę po minionych faktach, jak po łebkach. Mało szczegółowo. Pozwolę sobie nieco zabarwić historie porównaniami, bym w ogóle można było to jako tako przełknąć. No więc do dzieła.

No to siup

No więc skoro już odmówiła nam finalizacji umowy zamówiona pani notariusz, wiedzieliśmy, że coś jest na rzeczy. Paranoiczne lęki, które nie przestawały nas dręczyć zdecydowaliśmy się  rozładować kiełbaskami. Raz grillowana miss agent zasłużyła na dalsze płomienne ekscesy, więc dałem jej znać, że trzeba będzie albo znaleźć innego notariusza, albo załatwić sprawę zgodnie z sugestią tej obecnej.

Fakt, czułem się odrobinę zakłopotany, zdałem sobie sprawę, że gdybym doprecyzował nasze wymagania wcześniej, temat zapewne byłby na ukończeniu. Swoje niedbalstwo zatuszowałem wylewnym wywodem, którym podlałem nieco zwiędłą mobilizację naszej pośredniczki. Wyjaśniłem szanownej, że problem polega na tym, że sporna działka, która posiadała status drogowej i być może będąca działką miasta [w interpretacji niektórych notariuszy tak właśnie było] wymaga od nas dodatkowego i wzmożonego zaangażowania. Należy bowiem dowieść bezspornie, że druga działka, na której położony jest budynek, ma bezpośredni dostęp do drogi! A dowieźć można tego jedynie poprzez uskutecznienie kolejnego, a jakże, wpisu do ksiąg wieczystych i o zgrozo, wydzielenie działki drogowej do odrębnej księgi.

Trochę prawniczej nowomowy

Tym mniej wprawionym, bądź mniej pamiętliwym czytelnikom dodam, że wcześniej prosiliśmy o aktualizację księgi wieczystej, to jest włączenie obu działek do jednej księgi. Tymczasem, zgodnie z sugestią innych notariuszy, którzy rozsiedli się wygodnie w naszej świadomości, jako bohaterowie pozytywni, prawi i uczciwi, konieczne było wydzielenie o statusie działki drogowej. Po pierwsze dlatego, że bankowi wystarczyło zabezpieczenie hipoteczne tylko na działce zabudowanej, a po drugie dlatego, że istniało ryzyko, że działka drogowa w ogóle nie zostanie zaktualizowana o nowych właścicieli czyli Sonię i mnie.

Po kilku ochach i achach, pośrednik przystała na nasze warunki. W międzyczasie doprecyzowałem wszystkie niejasności z bankiem i nie pozostało nam nic innego, jak dla odmiany, czekać, czekać i jeszcze trochę poczekać. W tym czasie na balkonie wypiliśmy morze cierpkiego, wytrwanego wina i wypaliliśmy kilka paczek papierosów snując marzenia i przywołując do siebie, na wyciągnięcie ręki, tę chwilę, w której wprowadzimy się do naszego domu.

Czas mijał, tematy powoli się kończyły, wino przestało smakować, dlatego z braku innych atrakcji, nasz umiłowany stworzyciel przysłał nam wiadomość o wpisie do księgi wieczystej. Wszystko zakończyło się tak jak chcieliśmy, choć nie tak jak się spodziewaliśmy, bowiem po tym nużącym oczekiwaniu zakładaliśmy, że coś się jeszcze spieprzy i nie będzie to zupa.

Skoro jednak sprawy ksiąg wieczystych zostały obsłużone, my zaś pozostając w stanie obrażenia na poprzednią notariusz, zostaliśmy zmuszeni poradzić się Googla i znaleźć innego jegomościa od papierkowej roboty. Kiedy i to było za nami, zaklepaliśmy termin 18 sierpnia, w samo południe.

Katastrofa

Kiedy człowiek przeszedł tyle, a to tyle, to przesiąknięte jednostkowym subiektywizmem doznanie udręki spowodowanej niesprzyjającymi okolicznościami, to spodziewa się kontynuacji tych złych wiatrów. Do wszystkiego można przywyknąć, a po tak przydługim paśmie udręki, chwila powodzenia wydaje się katastrofą.

Kiedy więc ruszyliśmy do notariusza, każde z nas osobną drogą, ja z pracy, Sonia z małą z domu, w żołądku czułem znany ścisk poddenerwowania. To ten zgniot imadłem ścianek żołądka, które odczuł każdy z nas. W podstawówce, kiedy rodzice wracali z wywiadówki, czy kiedy szedł na ważny egzamin lub na nie mniej ważną rozmowę rekrutacyjną.

Spotkaliśmy się w połowie drogi, w międzyczasie Sonia nagrała filmik na Instagrama i w sam raz na czas dotarliśmy do budynku notariusza obserwując złowrogie chmury, który towarzyszyły nam jak cień w drodze na skazanie. Na klatce schodowej huknęło, w bardzo bliskiej odległości od nas uderzył piorun. Zanim otworzyliśmy drzwi notariusza, lunął obficie deszcz. Wiecie, od kiedy znamy się z Sonią, choć zabrzmi to może odrobinie naiwnie, pogoda zawsze nam dziwacznie sprzyjała. Nawet tego dnia i w tej godzinie, wszystko zdawało działać na naszą korzyść.

Podpis i popis

Na miejscu była już sprzedająca i miss agent, chwilę później poproszono nas do pokoju notariusza. Jak zwykle, najbardziej żywa była Bianka. Pozostali, w tym my, staraliśmy się mówić nie więcej niż należało. W trakcie spotkania zamarłem, okazało się, że nie zabrałem dokumentu z banku. Ręce zawisły niebezpiecznie blisko parkietu. Zacząłem bez zbędnych ceregieli przeklinać w milczeniu tego, co nad nami czuwa. Za oknem prawdziwe piekło, deszczówka zakryła ulice i chodniki kilkucentymetrową warstwą wody, którą co kilka sekund podświetlały błyskawice. Na szczęście empatyczny imiennik, notariusz zezwolił na doniesienie brakującej kartki popołudniem, więc wszyscy zgromadzeni beknęli z ulgą. Gdy sytuacja została opanowana, Bianka wybrała się na krótką drzemkę w Tuli, a my sfinalizowaliśmy umowę, opłaciliśmy myto i po zwięzłym dziękuję i do widzenia, wyszliśmy.

Sam nie wiem czemu, ale wyrwałem z kancelarii jakby mnie ktoś miał zawrócić, potargać akt, powiedzieć, że to wszystko nieważne, że to nie koniec. Dopiero po drugiej stronie ulicy, za przejściem dla pieszych, Sonia zapytała, dlaczego tak uciekliśmy? No cóż, sam już nie wiem…

Klik klik:



Visit Us On FacebookVisit Us On Instagram