Miłość w małomiasteczkowej atmosferze

Miłość w małomiasteczkowej atmosferze
Klik klik:

W małomiasteczkowej atmosferze nie łatwo o miłość.

Poparzeni wizją samotności, bezpieczni w swoich związkach,

połączeni omszałym supłem lotnej, niczym kos, namiętności,

pogodzeni, szczelnie odgrodzeni są, w swoich kruchych domach,

od prątkujących, szerzących zwiewność, dogłębną powierzchowność

miłości skrytej w czterech ścianach dusznej, gęstej samotności.

 

W takich oto warunkach dojrzałem zza krzaka blondi niewiastę.

Skryta w zieleni, co rozumiałem migiem, bo ja sam znam się.

Upuściła nieporadnie białe, jak śnieg, papierowe znaki.

Spłoszona, skulona ruszyła przed siebie, jak zbłąkana łania.

 

Jak myśliwy patrzę, błogość czuję, będąc w pisanym sobie,

samotnym, choć prawie duecie, podbiegam, zwrócić drobną zgubę.

Dla kobiety moich niemych marzeń gnę się i zabieram pierwszy

dla niej podarek i ruszam jak święty Jan z dobrą nowiną.

 

Dogoniłem ją, odchrząknąłem i mówię – Przepraszam najmocniej,

zgubę przynoszę – Patrzy spłoszona, bo rozpoznałem kochankę

przyjaciela mi najbliższego, zmarniałem no i ona podobnie.

 

Wyciągam dłoń dla wyjaśnienia, ona patrzy, na zwitek, ja patrzę

i chociaż wyraźnie dostrzegam odbicie soczystych jej ust, to

subtelność różnicy barwy jej szminki i koloru na zgubie

napawa mnie spóźnionym pąsem refleksji, którą ona, niczym

kropkę w wieńczącym zdanie wykrzykniku, bez grama litości

głosi prostym jak budowa cepa zdaniem – Srałam, spadaj chłopie!

Klik klik:



Visit Us On FacebookVisit Us On Instagram