Motywacja, noworoczna, i nie tylko

Motywacja, noworoczna, i nie tylko
Klik klik:

Czy tego chcemy czy też nie, w głowie każdej / każdego z nas zapala się lampka z namolnym własnym, wewnętrznym głosem lub tym zewnętrznym, massmediowych jątrzycieli:

UWAGA TELETUBISIE,

UWAGA TELETUBISIE.

NOWY ROK NADCHODZI.

CZAS NA ZMIANY!

NOWY ROK – NOWA/Y TY!

Niektórzy z nas, mający dosyć tego natrętnego i męczącego głosu, dla pozbycia się go, próbują poddać się autokorekcie, dokonując przemeblowań we własnym życiu. Inni, ci bardziej wyzwoleni mając głęboko w poważaniu ten niemądry i niemodny ruch, pozostają w swoim świecie. W procesie zmian uniezależnionych od dat na kalendarzu.

Bez względu na twój aktualny stosunek do zmian dyktowanych nowym rokiem, proponuję mało odkrywczą lekturę, poniżej. To nieco przydługi wpis miałem okazję dodać na innym portalu blisko półtora roku temu. W pewnym sensie, jego tematyka dotyka zagadnienia zmian, ich trwałości i utrzymania motywacji na długiej ścieżce stąd do odległego celu.

Trochę o kontekście

Mam taką przyjemność znać i spotykać się, niestety znacznie rzadziej niż bym sobie tego życzył, z osobą, z którą doskonale się rozumiem. Ta wyjątkowość owocuje, od czasu do czasu, jakimś tam wglądem w ludzką naturę. Wgląd ma to do siebie, że jest zarazem subiektywny i posiada termin ważności. Subiektywizm odnosi się do konkretnej jednostki, do człowieka, jego przypadku i doświadczeń. Termin ważności odnosi się do przydatności wglądu w danym czasie. Oznacza również jego nietrwałość. Bowiem na bazie wglądu A, każdy z nas może dojść do nowego odkrycia i tak w kółko, aż do Alzheimera i z powrotem.

Spotkanie

W czasie spotkania ze wspomnianym, rzadko widzianym znajomym, padło wiele słów o zabieganiu pomiędzy teraźniejszością i przyszłością. Niejasności i braku jednej, uniwersalnej odpowiedzi na pytanie – co robić, by człowiekowi samemu ze sobą było dobrze? Co robić, by samego siebie zmotywować? Aby podejmować nowych starań, by samemu ze sobą, teraz i w przyszłości czuć się jeszcze lepiej?

Wieczorem, przed zaśnięciem, podsumowaliśmy z żoną dzień w podobnym tonie. Rozmawialiśmy o marzeniach i byciu szczęśliwym. O tym jak wymiernie, konkretnie połączyć to co mamy z tym, co czeka nas w przyszłości? Jak cieszyć się tym, co przynosi bieżąca chwila, a jednocześnie starać się iść krok za krokiem po to, by w przyszłości było nam lepiej?

Te pytania odnoszą się do, może nieco zbyt szerokiego, horyzontu czasowego. Do akceptacji wystarczającego tu i teraz oraz pożądanej przyszłości, w niesprecyzowanym, odległym otoczeniu. Wołają o rozwiązanie – receptę, która pozwala żyć długo i szczęśliwe. W pełni radości. W każdej drobnej, osobnej, bieżącej chwili. Dając nam jednocześnie ukojenie w zrozumieniu, iż odpoczynek i odsapnięcie nie oznacza rezygnacji z obranego celu. Jak mi kiedyś przekazała pewna mądra głowa „nawet w odpoczynku zbliżamy się do celu, o ile tylko pozwolimy sobie odpocząć”.

Pytania z rozmowy z żoną, sprzed zaśnięcia nie przyniosły natychmiastowych odpowiedzi. Tyle, że jak się je zada w stosownej formule i właściwie wypowie, zawsze, prędzej czy później, odnajdą adresata i przyniosą wartościowe odpowiedzi.

Podobno cały proces przebiega tak, że pytania najlepiej zapisać na kartce lub głośno je wypowiedzieć. W następnej kolejności, o ile zapisaliśmy swoje pytanie na kartce, składamy ją z pietyzmem na pół, potem na pół, znów na pół, i kiedy docieramy do momentu, w którym złożona kartka papieru przypomina twardy orzech, do zgryzienia, wkładamy go pod poduszkę i zasypiamy.

Dzieje się magia

Potem wszystko przebiega poza naszą świadomością. Kości czaszki utrapione punktowym naporem pytania spoczywającego pod poduchą, aktywizują gończego w naszej głowie. Ten, przegląda rejestr istotnych i nieistotnych danych w naszej główce w celu odnalezienia właściwej odpowiedzi. Jasne, wcale nie trzeba takiego zachodu, wystarczy odpowiednio spreparować zapytanie do Google, ale w moim przypadku to nie hula.

Wszak do własnego życia podchodzić należy indywidualnie! Doświadczenia i mądrości życiowe zawsze górą! Ponad informacjami zassanymi z podręczników i poradników!

Tak więc, gdy selektywnie połączymy najróżniejsze dane [patrz: zostaną połączone poza naszą świadomością], niejednokrotnie z przypadkowo odebraną wiadomością ze świata [patrz: telefon od Boga], dokonuje się w nas zmiana myślenia [tak jest: toż to nasz wgląd!].

Cały ten proces jest jeszcze bardziej mistyczny, właśnie przez tą przypadkowość [pozwólcie mi wierzyć w małe, magiczne ludziki w mojej głowie]. Wszystko w nim, nabywanie informacji (takiej a nie innej, w tym, a nie innym czasie) z zewnątrz, połączenie z doświadczeniami i wiedzą z przeszłości tworzą nieprzewidywalny, indywidualny, unikalny efekt.

Wróćmy z poziomu rozmyślania o życiu zawieszonym poza czasem. Do brzegu chłopie, do brzegu chłopie, długi ten wpis, a nadal zero konkretów, prawda?

Przy brzegu

To co sprawia, że codzienność obdarza nas feerią różnorodnych doznań i sygnałów jest nasza otwartość i czujność na informacje ze świata. Możemy być na nie głusi, ale jednego powinniśmy być pewni. One są dostępne zawsze! Czy tego chcemy czy nie, są obok nas i w nas samych. Możemy być na nich bardziej lub mniej skoncentrowani, możemy je ignorować. Możemy wreszcie szukać do nich klucza  odwołując się do logiki, nauki, skutku czy reakcji. A wystarczy, że będziemy otwarci i czujni.

Akceptujmy to co przynosi teraźniejszość i żmudna rutyna. Nie oczekujmy darmowych cudów, nagłych rabatów i promocji. Nic za nic. Nic za darmoszkie. „Róbmy swoje”, jak mawiał Młynarski, a może Mikołaj przyjdzie wiosną i przyniesie Wam drobną myśl. Moim drobnym, na tamten czas, nie lada wyzwaniem, było granie na pianinie. Zapaliłem się do niego jak zapałka do pełnej siana stodoły, więc starałem się grać na pianinie jak najdłużej mogłem. Ustalałem cele, ćwiczyłem technikę, uczyłem się Chopina, grałem dwie i pół godziny dziennie, trochę przed wyjściem do pracy i trochę wieczorem. Miałem swój cel, bardzo chciałem zagrać ten utwór – https://youtu.be/UMSwmDK-sTM.

Czym prędzej tym lepiej, ale któregoś dnia wpatrując się w stojące jak wół przed naszym oknem Muzeum Narodowe, pojąłem że choćbym grał po 10 godzin dziennie na pianinie nie przyspieszy to celu, który sobie wyznaczyłem. Ba, prędzej się skicham, zniechęcę, ewentualnie zarżnę palce i na tym mój zapał się skończy.

Kilka dni wcześniej czytałem o przeprowadzonych badaniach, które wykazały, że 10 000 godzin pracy w jednej, dowolnej dziedzinie pozwolą stać się jej mistrzem czy wirtuozem. Patrząc we wspomniane okno policzyłem w głowie, że skoro gram już tyle i tyle i codziennie grywam tyle i jeszcze tyle, to swój cel osiągnę za jedenaście lat. Tadaaaam!

Dobra, czy zła wiadomość?

Dla niektórych wynik tej kalkulacji to ogrom i bezsens wysiłku lub zbyt długi okres, który należy koniecznie skrócić. Wtedy jednak zrozumiałem, że jedenaście lat, to najcudnowniejsza nowina pod słońcem. Bowiem ważniejszą odpowiedzią od kiedy dokładnie coś się stanie, jest pewnik. To, że mój cel zdarzy się na pewno! Jak do licha nie cieszyć się z faktu, że coś o czym się marzy na 100% się zdarzy? Wystarczą dwie drobne składowe równania 10 000 godzin i codziennie po 2, 5 godziny grania i przyjdzie kiedyś na 100%  ten moment, w którym zagram Ballade F minor.

Wiecie, kiedy się gra muzykę, raz wolniej, raz szybciej, intonując ją raz tak, raz inaczej, to żadne, choćby najlepsze głośniki świata czy najbardziej uznana sala koncertowa nie da takiej intensywności doznań, jak zagranie własnoręcznie utworu, który się kocha.

Mówi się, że marzenia ziszczają się, kiedy stają się planem. Kiedy się go posiada, jedyną wątpliwością i wyzwaniem jest codzienne podtrzymanie w sobie gotowości i pasji do grania. Aby codziennie siadać z poczuciem, że robi się to z przyjemnością i dla przyjemności.

Od napisania tego tekstu minęło półtora roku. Po półtoramiesięcznej przerwie usiadłem wczoraj do pianina. Moje małe cele przesuwają się nieco w czasie, ale to co najważniejsze, samo granie, dotyk klawiszy, dźwięki, te nadal dostarczają mi tyle samo radości, co w pierwszych dniach nauki gry na pianinie. Do końca 2017 roku postawiłem sobie za cel nauczenie się Clair de Lune. Zostało mi kila taktów, ale ponieważ to jeden z piękniejszych utworów, które znam, chętnie się nim z Wami podzielę:

Niektórzy, bardziej wyczuleni na dźwięki pianina mogą go pamiętać z pozytywki, którą otrzymał Dalajlama w filmie 7 lat w Tybecie. Dla matek, które mają kłopot z usypianiem swoich pociech polecam wersję godziną, poniżej:

Nowości na stronie!

Wyprzedź innych, otrzymuj mailowe powiadomienia o nowościach na stronie!

Obiecujemy przenigdy nie oddać, wymienić ani sprzedać Twojego adresu mailowego.
Zrezygnować z subskrypcji możesz w dowolnym momencie.

Klik klik:



Facebook Messenger
Visit Us On FacebookVisit Us On Instagram