Nie samym domem się żyje

Nie samym domem się żyje
Klik klik:

Nie samym domem się żyje

Coraz częściej z bólem serca, gdy coraz bystrzejsza córka patrzy na mnie i wie, że znikam jej z oczu na dłużej, z wyrzutami sumienia wychodzę do pracy. Zakładam kurtkę, sznuruję buty na dole, piętro wyżej słyszę nadal dwie moje kobiety radośnie gaworzące o wspólnych planach na nadchodzący dzień. Słucham o planach bez mojej w nich roli.

Zwykle ciut spóźniony i rozgoryczony limitowaną, poranną sielanką i coraz ciemniejszymi porankami, wychodzę do pracy. Sunę do zakładu, pochylony zmęczeniem jak mój ojciec. Nogi jeszcze nieznośnie uczepione teraźniejszości, myśli goszczą już na Puławskiej w stolicy. Jak człowiek mknie skoncentrowany na chodniku i mierzy świat na palcach, to wiele ucieka sprzed oczu. Na moje szczęście, niespostrzeżenie, bo nie sposób zauważyć, co w tej podstawie tracę.

SKM S2

Przedział w pociągu ciągnie się od lokomotywy do końca peronu. Wsiadam więc i idę coraz dalej mierząc i kategoryzując siedziska. Te zwrócone do korytarza i do innych ludzi przodem to sort najgorszy. Nieco lepsze to te, zwrócone bokiem do szyby, ale oferujące perspektywę minioną. Nie trudno odkryć, że najważniejsze, by jechać w kierunku jazdy i to przy oknie. To perełka, która z racji mojego opóźnienia rzadko mi się trafia.

Dzisiaj trafiłem na siedzenie na samym końcu i obok szczęśliwej i nieco pełniejszej uroku nastolatki. Rozgościłem się na kanapie, ściągnąłem czapkę, wyciągnąłem książkę Kundery i zaczynam czytać. W międzyczasie dosiadają się kolejni pasażerowie, spóźnieni tak bardzo, że raczą się miejscami stojącymi, tłocząc się i pocierając się wzajemnie worami, torbami czy innymi wypukłościami garderoby, a potem w końcu ruszamy. Precyzyjnie minutę po czasie, dzień w dzień, 7:33.

Nos w książce

Czytam sobie i czytam, na każdej kolejnej stacji pociąg zapełnia się coraz bardziej. Młoda obok przysypia znudzona wyziewami ze Snapchata. Zrelaksowane w każdym calu ciało budzi się nagle. Nieco zlęknione rozgląda się ukradkiem. Jestem przez nie obserwowany. Tyle, że ja czuję co się święci, właściwie zdołało się już nawet uświetnić. To coś niestrawnego, wzdymającego, to co pochłonięte, przeżute i mdło tlące się zapachem z okolic siedzenia. Ktoś nie posłuchał w reklamie Magdy Gessler, więc żaden to ulgix dla stłoczonych.

Gra pozorów wymaga od uczestników żelaznej dyscypliny. Udajemy, że to nie ona to poczyniła, a ja poczułem. Sytuacja powtarza się jeszcze kilkukrotnie, w końcu przestaje ciążyć. W międzyczasie dojeżdżam na stację Warszawa Śródmieście.

Warszawa Śródmieście

Wysiadamy, kto pierwszy ten lepszy. Każdy niczym koń w blokach startowych rusza przed siebie narzucając tempo innym uczestnikom sprintu do tramwajów i innych środków transportu rozwożących klasę robotniczą po zakładach pracy. Dzika masa przelewa się po peronie dokładnie tym samym i równym tempem, jesteśmy szybsi niż konie w galopie i napaleni na ośmiogodzinną harówkę niż lawa z Wezuwiusza.

Nie jestem gorszy i nie chce być. Kiedy maruder opóźnia przemarsz, niby na znak nie konformistycznej postawy, dostaje niby to niechcące przywołania z ramienia w swoje ramie.

W końcu jak rozlane jaja, rozchodzimy się po „patelni”. Dostrzegam tu po raz pierwszy gazetę drukowaną „Głos Mordoru” i myślę sobie, co w tym i kto to w ogóle czyta? Głupota czy nie, obiecuję sobie to sprawdzić, by nie być zbyt oziębłym dla powszechnej nowomody.

Tramwaj

W tramwaju już spokojnie, można odetchnąć przed pracą i po niej. Wracam do domu, mózg sprany. Wsiada kanar, sprawdza bilety, przede mną jakaś kobiecina siedzi, stara regionalna chusta na głowie, dwa wełniane szaliki i jakoś tylko nie przystający do garderoby męski głos mówi – Nie mam biletu, czy możemy jechać dalej i załatwić te sprawy w tramwaju?

Wyjątkowo miły i sympatyczny kasjer, stróż, kanar i anioł w jednej osobie orzekł, że owszem. Zaczęła się przemiła rozmowa, jak to gapa jedzie z Austrii do banku, że jest Polakiem. Wyciąga paszport, na odwrocie duża naklejka z napisem Terror. Ciekawe jak reagują na nią pracownicy odprawy na lotniskach? Proponuje wspólną podróż z kanarem, tam zapłaci, ale w końcu decyduje się uiścić karę kartą płatniczą za, jak sam to nazwał, najdroższy bilet tramwajowy.

Klient płaci i wymaga

Oczekuje więc kwitka, takiego tradycyjnego, na dawniejszym druku. Rozczarowany jego brakiem, pyta czy można anulować płatność. W końcu oznajmia, że nie chce już pokwitowania wydanej kasy. Prostuje usilnie na kolanie jedyny dowód gapiostwa, bo toż to podstawa i do snucia social mediowej narracji. Przygoda w Polsce, ojczystym kraju, najdroższym zarazem do opowiedzenia znajomkom na fejsbuniu. U kresu swojej podróży wysiadł, z dwoma damskimi torebkami i ruszył paradnie po przystanku, by zniknąć w podziemiach przy rozebranej do naga rotundzie.

Wsiadam do pociągu i oglądając innych współtowarzyszy podróży, myślę, że w tym własnym telefonie, w którym każdy widzi cały świat powinno się znaleźć miejsce na jeszcze jedną aplikację. Na bazie geolokalizacji, osoby jadące w jednym pociągu, metrze czy autobusie mogłyby anonimowo z innymi, powymieniać się spostrzeżeniami, a może i pozgadywać kto kim jest na podstawie tego co pisze. Skoro nie face2face, to może przynajmniej przez telefon uda się trochę porozmawiać? Nadal trudno mi pojąć, że wkrótce świat publicznie będziemy oglądać wyłącznie zza telefonu.

Znów w domu

W końcu wychodzę na dworcu Sulejówek Miłosna, słyszę dwóch jegomości namolnie nagabujących dwudziestolatka do wypicia wódeczki. Młodzik wykręca się i wali prosto z mostu – Zenek, ja do ciebie za cienki jestem, a poza tym autem dzisiaj będę jeździł. Jak się połechta cudze ego, to i odmowa dobrze smakuje.

Panowie żegnają się w pokoju, ja żegnam się ze środkami komunikacji miejskiej. Do jutra.

Klik klik:



Visit Us On FacebookVisit Us On Instagram