Dom – AKT V – Żałoba

Dom – AKT V – Żałoba
Klik klik:

 

Wszystkie akty znajdziecie właśnie >> tutaj << 

Przyszedł czas na żałobę

Gładko zamieniliśmy pomysł na życie poza Warszawą na ideę mieszkania w stolicy. Pomogła nam kreatywna księgowość aka jak się chce, tak się podliczy. Niespodziewanie m3 stało się optymalnym rozwiązaniem dla naszej fantastycznej trójki. Zaczęliśmy szukać mieszkania blisko metra, w rozsądnych odległościach od centrum i koniecznie z ogródkiem. Zgodnie z zarządzeniem– „Pies ma mieć trawnik na miękkie kamienie, a grill ma się palić w każdy weekend!”

Ogród pana psa i napalonego grilla

Na pierwszy ogień poszły blokowiska na Ursynowie. Zatarliśmy ręce na myśl o mieszkaniach z sześćdziesięciometrowymi ogródkami. Równie szybko przestaliśmy, gdy dowiedzieliśmy się, że ogródki przy mieszkaniu to tylko kapryśna wola urzędników. Każdy z nich jest czasowo udostępniony właścicielom mieszkań na ściśle określonych zasadach. W tym takich, że grill jest zakasany!

Nasze wymarzone mieszkania w Warszawie schodziły jak ciepłe bułeczki, tak można skwitować w jednym zdaniu nasze miesięczne przeglądanie rynku. Jednego dnia dzwonimy, by o nie podpytać, drugiego dnia dowiadujemy się, że już zostały sprzedane lub zarezerwowane. Opiszę tu jedną historię, która w mojej ocenie zasługuje na specjalne traktowanie. Gdyby z jakichkolwiek przyczyn ktoś koniecznie domagał się nazwy agencji, to służę pomocą . Pierwsza litera w nazwie nie jest przypadkowa.

Koło

Pewnego nieszczególnie istotnego i niewiele zwiastującego poranka Sonia znalazła to coś, na co czekaliśmy. To coś jest tuż przy lasku na Kole, ma przepiękny stu osiemdziesięciometrowy ogród i jest smukłolinijnym szaro brudnym segmentem.

Cogito ergo sum, mam cynk więc dzwonię. To nic, że temat obsługuje renomowana, patrz droga, agencja E. Nie wchodzę w szczegóły, próbuję się umówić. Kobieta markotnym i znudzonym głosem odpowiada, że ona musi się na sam pierw z właścicielką dogadać i nie wie co i jak i że dzisiaj na pewno do mnie oddzwoni. Nazajutrz rano chowam ciężko urażone ego w lewą skarpetę i dzwonię ponownie. Udaję, że nie dzwoniłem wcześniej. Nie chcę by myślała, że mogłoby mi zależeć.

Zadżumiony głos pani z uznanej agencji E. Się głosi, że można umówić się na sobotę [dopiero? przecież jest wtorek!] i bym ja potwierdził spotkanie tego samego dnia z rana. Mówię, że ok, a ona ni z gruchy, ni z pietruchy – Aaa, to pan wczoraj dzwonił? Momentalnie się zapalam – Tak, to ja, a czy to nie pani obiecała wczoraj oddzwonić? – pytam. Kolejne chwile zdobi wysoko nasycona kłamstwem breja, którą łykam sprawnie w imię lepszego jutra i dobrotliwie się żegnam.

Dzwonię w sobotę rano, by potwierdzić spotkanie o dwunastej. Nie odbiera. Dzwoni po godzinie i mówi, że segment jest już zarezerwowany, ale jak się bardzo upieram, to może mi pokazać. Nonszalancja miss agent tak mnie kręci, że decyduję się jechać. Mieszkanie jest w średniej kondycji, ale jak zauważa Sonia, ma potencjał. Umawiamy się, że jeśli ci od rezerwacji zrezygnują, my jesteśmy po nich. Szanowna obiecuję tym razem zadzwonić, nawet zapisuje numer telefonu. Mijają kolejne dni, nie oddzwania. Ja nie dzwonię, Sonia to robi. Mieszkanie sprzedane.

Miss agent E

Trzy dni później w wielkiej konspiracji dzwoni miss z agencji E, jest sobota. Mam chwilę na pianino, mamy gościa, jest przyjemnie, a tu telefon do żony. Przysłuchuję się rozmowie i się dziwie. Po skończonej rozmowie Sonia opowiada mi, że agent ma dla nas super mieszkanie, a właściwie domek na Włochach! Wie, że źle poprzednio wyszło i chce nam się zrewanżować. Dzwonię do niej, bo sprawa była dziwna. Ta odpowiada mi, że nie może mi powiedzieć ani nic o wielkości mieszkania, ani za bardzo o lokalizacji, bo zaraz wszyscy będą wiedzieć, a to na pewno zaraz zejdzie, więc niech się państwo nie zastanawiają i wsiadają w auto. Już! Sprawa śmierdziała z daleka, ale dla żony pojechałbym dalej, więc po trzydziestu minutach lądujemy na Włochy.

Martwy tor kolejowy

Agent opowiada, że to miejsce w pobliżu martwego toru kolejowego, TYLKO jeden pociąg na dzień! Mówię jej, że wspominała, że będzie cicho, ta, że według niej jest i owszem. Dojeżdżamy, brama wjazdowa, dosłownie o sześć metrów oddalona od szyny. Dom stoi na grzybie i pleśni, ogrom pracy, a może rozbiórka. Zerkam do garażu, siano, klepisko i bałagan. Odwracam się i widzę, że cały dach domu zamiast poszycia, przykrywa czarna folia. Bosko. Po wszystkim nasza cudowna pani przewodnik wyraża nadzieję, iż nie straciliśmy czasu. Do dzisiaj żałuję, że nie powiedziałem – Owszem, straciliśmy!

Dzień dziecka

W ostatni dzień maja wyjechałem na konferencję do Krakowa. Opowiadałem koleżance z pracy o naszych zakupowych perypetiach. Choć całkowicie zakopaliśmy z żoną pomysł domu w Sulejówku, coś nie dawało nam z nim spokoju. Powrót z delegacji przypadł na dzień dziecka, w trakcie podróży zadzwonili rodzice. Zadowoleni wspólnie złożyli mi życzenia. W końcu tata, zapewne wijąc się z radości, by przemycić dobrą nowinę, wymyślił zgadywankę. W ciasnym i głośnym przedziale mam odgadnąć o co może chodzić. Nie pamiętam czy próbowałem odgadnąć, czy dał mi choć pięć sekund na myślenie. Zaraz wykrzyknął, że sprzedają dom i podpisują umowę w przyszłym tygodniu.

Całą pozostałą drogę myślałem co to dla nas oznacza, czy chcemy skorzystać z tej nadarzającej się okazji. Jak to powiedzieć Soni, jak ona na taką wiadomość zareaguje? Kolejnego dnia dostałem bank przyznał nam kredyt. Uzgodniliśmy z Sonią, że skoro rodzice przyjeżdżają do Warszawy, to możemy wspólnie zobaczyć jeszcze raz dom w Sulejówku, bez względu na to czy go kupimy, czy nie. Jeśli coś do niego nadal czujemy, to będziemy się nad tym zastanawiać, jeśli nie, to też super.

I z taką intencją zostawiam Was do kolejnego odcinka sagi.

Nowości na stronie!

Wyprzedź innych, otrzymuj mailowe powiadomienia o nowościach na stronie!

Obiecujemy przenigdy nie oddać, wymienić ani sprzedać Twojego adresu mailowego.
Zrezygnować z subskrypcji możesz w dowolnym momencie.

Klik klik:



Facebook Messenger
Visit Us On FacebookVisit Us On Instagram