Wszystkie akty znajdziecie właśnie >> tutaj << 

Mniej wytrwałych czytelników pragnę już dzisiaj uspokoić i zapewnić iż w odcinku 69 niniejszej blogonoweli nastąpi nagły zwrot akcji, po którym w prostej linii i trzech kroplach potu dotrzemy do punktu kulminacyjnego. W następstwie tego jakże przypadkowego zrzędzenia losu odkorkujemy radzieckiego szampana, a potem wszyscy będą szczęśliwi, nawet smok i czerwony kapturek.

A tymczasem …

Drewniana Miłosna 

Poszukiwania rozpoczęliśmy od Miłosnej, Starej Miłosnej. 25 lutego w sobotę było chłodno. Delikatnie zamglony poranek, oszronione chodniki i zmrożone, nieprzycięte jesienią wysokie trawy otaczały nieruchomość, którą mieliśmy tego dnia obejrzeć. Sprzedającą była starszą kobietą. Chciała przeprowadzić się bliżej córki. W jednym z oglądanych pokoi siedział na skraju łóżka niewiele rozumiejący mężczyzna. Miał puste i zlęknione oczy. To był jej mąż, którym się opiekowała. Dostaliśmy rabat na „przeurocze dziecko” i pomimo szczerych chęci pomocy i smutku, z którym wyszliśmy z domu, nie zdecydowaliśmy się na ten zakup.

Kolejne domy, które oglądaliśmy były zlokalizowane w tej części Warszawy. Niestety problem ze Starą Miłosną jest taki, że każdy dom w rozsądnej cenie (patrz. w naszym budżecie), z jednym wyjątkiem (o czym w dalszej części programu), był wykonany w technologii kanadyjskiej. To wykonanie cechuje się pewną specyficzną cechą, jeśli nie wiesz z jaką starannością dobierano surowce, z jaką dbałością budowano szkielet i okładzinę, to zakup i użytkowanie takiego budynku jest jak wejście na rozległe pole minowe.

Tyle, że ta wiedza choć tłoczona nam do głów przy każdym kontakcie z rodziną, nie chciała pozostać w nich na dłużej. Może dlatego, że nasze wyobrażenia zapełniał widok nas rozpostartych na wygodnych sofach, w wysokim na cztery metry salonie, z nagrzewającym pomieszczenie pięknym i starym kominkiem i baraszkującymi pociechami.

Ostatnią nadzieją Starej Miłosnej był dom tuż pod lasem, o dziwo murowany i z rozsądną działką. Umówiliśmy się na wieczór, już zmierzchało, w powietrzu czuć było niespokojną aurę, a mętne powietrze nasycone kominowymi wyziewami okolicznych domów idealnie wprowadziło nas w aurę sprzedającego.

Opowiedział nam historię swojej rodziny, o tym, że zrobił dla niej wszystko, o tym, że to nie wystarczyło. Pozostał w budynku z chorą mamą i inną kobietą z dzieckiem, której wynajmował pokój. Każde pomieszczenie było naznaczone śladem nieukończonego remontu. Właściciel nie dopuścił nas do głosu, chorobliwie wypełniając przypadkowo zlepionymi zdaniami każdą wolną chwilę. Trudno  byłoby powiedzieć, że ten dom był nawiedzony, ale wyczuwaliśmy w nim coś niepokojącego, może utrapienie właściciela, może nieszczęście, które go spotkało. Jedno było pewne, nie takiego miejsca szukaliśmy.

Sztuka szukania

Mogliśmy czekać na nowe oferty lub poszerzyć promień zainteresowań. Nie wiedzieć czemu, padło na Miłosną, ale tym razem bliżej Sulejówka. Dom był w pełni poprawny, ładny, zadbany, z dużą działką, ale czy poprawność to cecha, której się szuka? My szukaliśmy emocji. Podziękowaliśmy.

Minął z górką następny miesiąc poszukiwań, co wydawało nam się wiecznością, bo czy na co dzień ludzie szukają równie długo? Ruszyliśmy odpocząć nad morzem u rodziny Soni. Znów skręcani brakiem cierpliwości zmieniliśmy plany, próbujemy Piaseczna i Józefosławia. Na wyjeździe umówiłem się na jedno spotkanie, z innego zrezygnowałem. Coś znalazła mama Soni, w Sulejówku Miłosnej. Duży dom z ładnym ogrodem. Wydawał się ciekawy, bez entuzjazmu umówiliśmy spotkanie i wróciliśmy do Warszawy.

W środku tygodnia pojechaliśmy obejrzeć dom znaleziony przez teściową. Spotkaliśmy się z agentką nieruchomości, podpisałem stosowne dokumenty, dowiedziałem się, że dom nie wygląda dobrze, bo jest nieotynkowany. Zakląłem pod nosem, bo powinienem o to dopytać wcześniej. Kobieta jednak szybko dodała – Ale celowo nie pokazywaliśmy go z zewnątrz, bo w środku zachwyca.  Jedziemy. Miała rację, zrozumieliśmy w 100% zamysł agencji.

Przystanek Miłosna

Najwyższe piętro zajmuje jedno pomieszczenie, sześćdziesięciometrowy open space z widną łazienką. Duże potrójne okna wysokiego i rozległego salonu odsłaniają nam ogród. W przyziemiu dodatkowe pokoje, które w milczeniu aż proszą się o lepsze zagospodarowanie. No i ogródek, błogosławieństwo z wysokim parkanem bez wejścia z ulicy gwarantuje święty spokój. Nie szczególnie kryłem szczęścia, choć namawiałem Sonię, by wstrzymywała się z ujawnianiem emocji. Byliśmy kupieni i zaczęły się przeboje…