Wszystkie akty znajdziecie właśnie >> tutaj << 

Odczekaliśmy dwa dni, chyba tylko lub aż tyle udało nam się wytrzymać do czasu, gdy zadzwoniliśmy do pani agent Braci S…, by przekazać dobrą nowinę i zaproponować kolejną randkę. Bez większych ceregieli ustaliliśmy termin i zaczęliśmy stroić się w argumenty.

Druga randka

Zgodnie z posiadaną teorią psychologiczną, perswazję peryferyjną odłożyłem na półki, stylizując się na samego siebie. “Bald but beatifull” i nerd łachmaniarz emanowały każdym porem skóry. Odkrywając zawartość kolejnej strony Psychologii Strelaua przerobiłem zagadnienie perswazji centralnej. Przygotowałem się do spotkania lepiej niż na jakąkolwiek prezentację w czasie dwudziestoletniego stażu pracy. Godzina zero, ruszamy, dojeżdżamy z ponad sześćdziesięciominutowym opóźnieniem. Pech chciał, że polityczna świta zaprosiła na biesiadę zagranicznych oficjeli, którzy ukontentowani zblokowali miasto na amen w paździerzu.

Jak kocha to poczeka, jak chce sprzedać, to z ceny nie spuści

Oglądamy dom, jelita pieją z zachwytu, nie wiemy na co spojrzeć, każdy zakątek ściany pożeramy wzrokiem, przeciągamy się leniwie na trawie, pływamy codziennie w wannie na innym piętrze domu, jednym słowem, chcemy go! Chcemy ten dom i to już! Zaczynamy rozmowy. Pierwsze przemawia sprzedająca. Trzymam Biankę, bo nie poleży, słucham jak uczniak siedzącej wygodnie nauczycielki.

Opowiada, że to jej dorobek życiowy, w to wierzę. Podkreśla walory estetyczne, intelektualne, doznaniowe budynku, widzę i patrzę na nie i wierzę także. Mówi, że z trudem go sprzedaje, ale że skoro oni artysty, a my też niedaleko jabłoni, to właśnie mogliby go ewentualnie sprzedać właśnie nam, w to także wierzę. Choć prawie.

W końcu spocony, zmęczony, zmarnowany zaczynam przemowę. Nigdy nie lubię mówić na końcu, bo zanim się przemówi, to człowiek tak się nałyka stresu, że najchętniej wyszedłby z siebie i pośmiałby się widząc własne blade oblicze, ale tak nie da rady. Moją wypowiedź nie zdobią żadne ornamenty, ale surowy jak stal chirurgiczna zestaw precyzyjnie dobranych argumentów podpartych, a jakże! wiarygodnymi danymi źródłowymi. Opowiadam co chcielibyśmy, parafrazuję wypowiedzi sprzedającej, urokliwej kobiety po sześćdziesiątce. Mówię;

  • owszem, skoro chcecie i planowaliście Państwo zrobienie elewacji, to super, poprosimy,
  • skoro chcecie i możecie usunąć dwa drzewa z ogrodu, to jesteśmy tym zainteresowani,
  • skoro Państwo sobie życzycie za niego tyle, to my poprosimy o taką i taką kwotę niżej, bowiem cena transakcyjna od ofertowej według danych bankowych odbiega od 10 do 20% na terenie województwa mazowieckiego.

Kończymy na tym, że oni się zastanowią. Na odchodnym jeszcze raz przypominają, że mówimy o ich dorobku życiowym. Jak sprzedadzą dom za tanio, to nie znajdą za jego równowartość innego mieszkania. Kupujemy to, bo chcemy już wyjść. Wyjeżdżamy z Sulejówka w dobrej wierze. Bez względu na wysokość kwoty, którą nam opuszczą, i tak na pewno na tym zyskamy. Czujemy, że rozmowa poszła nam tak, jak się spodziewaliśmy, czyli doskonale.

Oświęcim

Dzień później wyjeżdżamy do Oświęcimia, stamtąd pochodzę. Spędzamy tam pięć dni. Trzeciego dnia dzwoni Pani Agent i prosi o mój adres mailowy. Mówi, że zaraz prześle stanowisko sprzedającej. Dostaję je po dwóch minutach, przerywam Soni zażartą dyskusję z moim ojcem i ruszamy na górę w przyjemne odosobnienie pokoju. Czytam i nie wierzę. Ona czyta i wiem, że nie dowierza. Czarna polewka i 100% jadu w za słonej zupie. Nie będzie elewacji, nie będzie wycinki, dom jest ich dorobkiem, za niego muszą kupić nowe mieszkanie, nikt nas do niczego nie zmusza, a cena nie zmienia się nawet o złotówkę.

Impulsywny pieniacz momentalnie dochodzi do głosu, biorę telefon i będę dzwonić. Sonia mnie powstrzymuje, chwilę rozmawiamy, ale to nic nie daje, pytania skierowane są do seniority pośrednik. Dzwonię i pytam ją, co jest grane, czy to normalne, o co tu chodzi? Ona uspokaja, że też jest zaskoczona, ale i rozumie nasze emocje. Kończymy ten nieznaczący pląs uprzejmości naszym przelanym rozgoryczeniem i krótkim posłowiem – jeśli szanowna sprzedająca zmieni zdanie, rozważymy jej ofertę, o ile będzie inna niż wyjściowa. Houk.

Na złość tacie, OSRAM w gacie

Chodzimy jak struci przez kolejne dni. Soni śni się ten dom po nocach. Przeczuwamy urok, który rzuciła na nas sprzedająca, pamiętając ślady guseł i indyjskich boszków i oszków zdobiących mroczne narożniki jej hacjendy. Zaczynamy się dusić w swoich własnych żądaniach i oczekiwaniach. Ego w siedmiomilowe buty odziane wdeptuje nas w poziom najniższych pokładów Wielickiej kopalni soli. Nie kupimy domu za tą cenę – mówimy sobie, ale w głębi ducha wiemy, że moglibyśmy. Tak żyjemy tydzień, potem drugi, powoli łapiemy oddech, staramy się zapomnieć. Przeglądamy inne oferty, ale każda jest gorsza od poprzedniej. Wychylamy suwak wyszukiwarki o kilkanaście tysięcy w górę, może znajdziemy coś lepszego choć droższego. Nadal lipa.

Kładziemy się spać popołudniem, ja zmęczony pracą w Power Poincie, Sonia harówką w tłoczni brudnych pieluch. Budzę się. W głowie tli się powidok krótkiej wędrówki po łąkach owianych letnim i przyjemnie ciepłym powietrzem. Twarz niczym zasłona muska krótką, różową i odkrywającą wszystkie wdzięki halką niewidocznej niewiasty. Pierwszy, przyjemny żar majowego popołudnia wdziera się z podwórza. Spoglądam obok, Sonia nadal śpi.

Biorę telefon, moje niewybudzone ego, zapewne szukające właścicielki różowej halki nie zgłasza sprzeciwu. Wysyłam niezobowiązujące pytanie – Czy ma Pani jakiekolwiek informacje, czy właścicielka znalazła może jakieś tańsze mieszkanie? Dodaję uśmieszek, że niby nie specjalnie się przejmujemy i piszę tak dla żartu. Odpowiada po 45 minutach, żona już nie śpi. Tak, rozważają obniżkę o wartość ocieplenia elewacji. Pokazuję jej wiadomość, jesteśmy w szoku, cieszymy się i nie wierzymy.

Przez następne dni dogadujemy formalności. Ponieważ spotkaliśmy osoby wyjątkowo empatyczne, nie musimy się wiązać umową przedwstępną do czasu, kiedy nie otrzymamy pozytywnej odpowiedzi z banku dotyczącej naszej wydolności kredytowej. W trakcie negocjacji pozwalam sobie na pierwszy akt serdecznej asertywności i obcinam agentce prowizję do zera. Wszystko jest już dogadane, radość sięga zenitu, wniosek kredytowy złożony, uzbrojeni po uszy w cierpliwość rozpoczynamy trzytygodniowe czekanie.

Dom, w uchu dzwoni

Melduję dobrą nowinę rodzicom, ci słysząc mój ton głosu dopytują co mnie tak zmęczyło. Opowiadam, że brzemię cyrografu czyhającego w niedalekiej przyszłości. Radośnie gaworzymy wspólną nowomową, bo i oni zdecydowali się niedawno sprzedać dom i przeprowadzić się bliżej nas. Za tydzień mają podpisać akt sprzedaży, a dzięki temu pożyczyć nam małe co nieco na pierwszą wpłatę. Zadowoleni kończymy rozmowę.

Po trzydziestu minutach dzwonią ponownie. Ich klientka nie otrzymała kredytu, nie sprzedają domu, Sonia jest załamana i płacze. Pocieszam, że jakoś to będzie, że coś wymyślimy, ale sam zaczynam w to wątpić.

TBC