Blog. Trochę mi to czasu zajęło ale powoli, powoli, coraz bardziej lubię w sobie dziecinną naturę. Przeżywanie drobnostek, ekscytowanie się detalami, zachwycanie się zachwytem, bo otóż dzisiaj zauważyłem coś, czego nie dostrzegałem wcześniej, choć mijałem to miesiącami. Całe szczęście nikt jeszcze nie wymyślił teleportacji.

W tej euforii nad świeżo poznanymi i mozolnie akceptowalnymi zdolnościami [pismaka], dociera do mnie zadowolenie. Do licha, fajnie jest się cieszyć, ba, przeżywać tą radość z Wami. Mieć garść niezbędnej odwagi lub będąc szczęśliwie nieświadomym umysłowych ograniczeń, smażyć o tym wszystkim na tym blogu, bezrefleksyjnie. Ale czy kogoś to do licha interesuje?

Hmm, o zdziwko tak! Jak pokazują statystyki, prawie tysiąc osób odwiedziło nas w ostatnich dwóch tygodniach. Wczoraj stuknęło nam 200 fanów na Instagramie czy Fejsiwie. Taaaak, wiemy! Cieszymy się z pierdół, bo przecież dojrzałe blogi łykają takie rekordy do południa, ale jak zapewne wie każdy nas czytelnik, Marcin cieszy się ze skarpetek na urodziny oraz z zachwytu nad zachwytem, dlatego tym bardziej syci nas tak pokaźna grupa odwiedzających.

Powrót do wątku

O czym pisać, by nie pisać o wynaturzeniach introwertyka? Nie wiem, kropka. Sam do tej pory nie rozumiem, co pisać, by Was zaciekawić. Dostałem kilka komentarzy, że ciekawie piszę, ponadprzeciętnie nawet. Świetnie, naprawdę bardzo mnie to cieszy, ale tak jak nie nakarmi się głodnego wytworną, choć pustą zastawą, tak forma nie zastąpi zjadliwej treści.

Zbyteczna dygresja z happy endem

Jednak bez względu na te kulinarne alegorie łechce mnie ta dziwaczna kolej rzeczy. W liceum język polski był dla mnie najgorszą zmorą. Baa, na pewnej wywiadówce nauczycielka zasugerowała ojcu, by otworzył przede mną szeroko wrota Słownika Wyrazów Obcych Kopalińskiego i bym wkuwał go na pamięć. Fakt, przerobiłem dwie pierwsze strony, ale nic już z nich nie pamiętam. Ups, znów dygresja, tyle dobrze, że z happy endem – maturę zdałem, jestem humanistą i nawet psychologiem.

Powrót do wątku po raz wtóry

Wiem, że estetyczny i kwiecisty sposób pisania to nie wszystko. To nie poezja. Wiem, trzeba Wam sensownej treści, trzeba się z Wami spierać, postawić Was pod ścianą, pokazać Wam skrajny punkt widzenia, niech się burzy krew w żyłach. Jak się wspólnie pozłościmy, to będziemy reagować, komentować, szydzić, pisać. A jak już zaczniemy, to wuj Google przyjdzie i radośnie nas pogodzi, a nasz skromny Przystanek Miłosna umieści na lepszych pozycjach w rankingu w wyszukiwarce. Wszystko to po to, by kolejni mogli nas łatwiej odnaleźć i na nowo rozpętać drakę. Co za świat! … aż chce się pisać!

Tyle że to nie moja szkoła i nie moje buty. Nie potrafię definitywnie powiedzieć, że ktoś jest beznadziejny, a coś innego przepiękne. Poczucie czasu wciska mnie w głąb dmuchanego fotela i nie pozwala wymówić choćby jedno takie słowo. Przecież na drugi dzień ktoś mógłby to wyłuskać. Mógłby mi to kazać odszczekać. Mógłbym sam sobie kazać odszczekać, gdybym zmienił zdanie. O zgrozo! Więc grzecznie staram się takie wypowiedzi ograniczać. Do zera. Wolę tak nie pisać.

Z drugiej strony mógłbym wcielić się w eksperta w białym kitlu i czarnych oprawkach na wyniosłym nosie. Mógłbym opowiadać i referować cudze dokonania, badania i tym podobne, czemu nie? Ale wiecie co? Po przyjściu na świat Bianki szlag zaczął nas trafiać, bo ilość quasi eksperckich przedruków jest tak duża, że ciężko do cholery pojąć kto ma rację. No cóż, gdybyście się również borykali z tym pytaniem, podpowiadam, nieekspercko. Twoje dziecko! Czasami zazdroszczę swoim rodzicom, że nie musieli żyć w czasach potopu złotych rad i poradników.

No więc znów okrężną drogą powracamy do tematu treści tego bloga. Cóż by tu pisać? Co Was zainteresuje? Co mnie zmotywuje do pisania? Otóż nie wiem nadal, ale mogę sobie i Wam obiecać, że będę próbował różnych dobrodziejstw. Lubię nowe, lubię zmiany.

Jakiś czas temu prowadziłem bloga pod przykrywką, nie podawałem tam imienia i nazwiska. Było łatwiej. Tutaj, ponieważ w małym stopniu, ale jednak, jestem rozpoznawalny, świece twarzą, nie przykładem, muszę trzymać poziom!

Pierwsza i jedyna treść w tym wpisie

Tak więc napisze tylko od siebie, że mamy u nas w pracy pewnego starszego jegomościa. Bardzo dobrotliwy z twarzy, leciwy pan, który w atrium od godzin porannych, czasami w porach lunchu błogo przysypia na zielonych kanapach. Nie kryje się z tym. Lubię na niego patrzeć, może dlatego, że przypomina mi mojego dziadka. Kiedy wczoraj słyszałem, że od października zmieniają się zasady przejścia na emeryturę to pomyślałem, że będzie mi tej spokojnej sylwetki brakować. W pędzie z i do pokoju jego beztroska i swoboda kontrastująca z pośpiechem panującym obok, pozwalały mi przystanąć i pomarzyć o czasie, w którym nie będę się musiał nigdzie spieszyć. No cóż, parafrazując znane słowa księdza Twardowskiego, spieszmy się widzieć ludzi, tak szybko odchodzą, na emeryturę.

P.S.

Mam taką śmiałą prośbę, nie rezygnujcie z nas za szybko. Co prawda podziałaliśmy zanim pomyśleliśmy, więc piszemy, choć nie koniecznie wiemy o czym chcemy, ale wydaje nam się że tak jest najlepiej. Po co komu sztywne ramy czy kajdany? To że dzisiaj piszemy o domu nie oznacza, że jutro nie zaczniemy referować wszystkie zaczarowane ogrody czy hale przemysłowe lub liczyć ślimaki.

P.S. I

Mam nadzieje że nie spodziewaliście się tutaj tematów politycznych? Nie zamierzam tu skrobać nic o naszej krajowej konstytucji, ale o założeniach i fundamentach tego naszego małego grajdołka, owszem 🙂