1

Deszcz spływa leniwie jak wielokropek w głąb domu

z dziurawego dachu. Na pomyślność chronioną w grubych,

sejfowych murach, stwardniałą jak guma bez smaku

ukryta pomiędzy stronami rwanego codziennie kalendarza.

Na przewidywalny szereg codzienności zgarbionej jak plecy

tragarza, trzeszczące pod naporem życiowych trudów.

Bezwiednie i obojętnie.

 

2

Deszcz ręką poszczącego przez lata grzesznika głaska każdy por skóry.

W powszedniej, pozbawionej sensu narracji, pozostaje bezbronny,

zobojętniony na ciąg dalszy, wyzbyty ochronnego płaszcza,

ciepła sercowego żaru. Czekam na ostry, zaklęty w sopel deszczu sygnał

rusz się, wzrusz się. Odważ się.


3

A gdzie mam się wybrać? W jakie miejsce? W przeciągu splotu rozsądku,

karmionego lekkostrawnym duchem, wietrzę poruszoną psyche,

zwiotczałe mięśnie, zastane i kruche jak suchar kości.

Chcę coś zrobić, chcę coś zmienić, ale czy muszę? Czy powinienem?

Wątpię, więc jestem i znośnie mi z tym.

 

4

Naczynia wielokropel wody z kielichem kwiatu zaklętym w obiegu

cyklu dnia i nocy trwają, i ja stoję. Mokniemy na warcie jak suma kolorowego

planktonu przeżyć gestykulujących do siebie refleksami w lustrze wody.

Tworzę złudnie magiczne reakcje w duecie z naturą. Kradnę cudze światło

wzorem ciemnych, bezludnych i nieodwiedzanych planet. Jak w dachu dziury.

 

5

Rezolutny i głośny stukot kropel budzi uśpione jak niedźwiedź zimą zapachy.

Świeżość poezji zachwytu nad tym, co wybrzmiewa z obecnym deszczem

przyćmiewa wszystko co inne. Smutki, mokrą bieliznę, głębokie rany i

niechciane emocje wymyte jak po wieczornym prysznicu.

 

6

W ciasnym splocie znaków przestankowych, w kałuży liter porzuconych liniowo

mnożę w głowie bezkresne cudze i własne historie. Patrząc w szary cień i wyblakłe odbicie.

W deszczu, moknąc, kwitnąc, tracąc i przywracając własne lub odbite, oblicze.