Amant

Szedł Amant nocą do celu swych pragnień. Dystans długiego i ciemnego korytarza oraz drzwi na jego końcu dzieliły go od aksamitu skóry młodej hrabiny. Dodawał sobie animuszu, głośno i rozmyślnie stukając, świeżo skradzionymi lakierkami z portugalskiej skóry.

Niósł wysoko uniesiony kaganek z długą białą świecą. Choć brudny, to dumny bo, wypachniony, kroczył korytarzem zamaszyście wysoko podnosząc swoje mizerne kończyny. Wybijał obcasami rytm niczym kucharz nawołujący głodomory do wrót kantyny. Owi nieśmiali acz głodni sensacji i amorów domownicy pokoików przylegających do korytarza , zaczęli więc na jego przywołanie dostawiać swoje znużone ślepia do dziurek po kluczu.

On, bohater, wybawca czuł ich spojrzenia wpatrzone w niego z ukrycia. To on właśnie, król, łotr i zdobywca, idzie po swoje.

Na tę myśl, podbił jeszcze tempo swojej pielgrzymki rezygnując z dostojności i gracji adagio. Jak w policzek oprycha, czarną rękawiczką, walił zuchwale obcasem marmurową posadzkę. Echo kroków niesionych korytarzem i towarzyszący mu rosnący szmer niewyobrażalnego zachwytu i podziwu zza drzwi, które mijał po drodze, podsycały żar rosnący i rozlewający się w jego rachitycznym ciele.

Wrzawa, niesiona jak iskra lontu, dotarła do celu. Wrota hrabiny rozwarły się z lubieżnym, niskim pomrukiem. Dostrzegł wyraźniej cel swojej podróży, w tym i blask ciepłego światła pokoju i wygięte w spazmie rozkoszy nagie ciało, na aksamitnym szezlongu. Zwilżył pieczołowicie i obficie językiem swoje suche wargi. Wciągnął w nozdrza jej słodki zapach, niesiony ku niemu długim woalem. Zamknął oczy i podniósł oczarowany głowę, krzywiąc ją delikatnie na bok w lubieżnym zachwycie.

Niczym pstryczek w nos, czy środek robaczywej wisienki na torcie, poczuł amant silniejszy, pojedynczy pomruk wiatru i głośny trzask, zamykanego z impetem włazu. Rozwarł powieki. Ciemność. Zamknął i otwarł powieki. Mruga. Ciemność.

Cały czas ciemność!

Serce zaczęło mu bić szybciej. Przycichli w stuporze gapie za drzwiami, jeszcze chwile temu tak mu przychylni. Wyczuwał ich wyczekiwanie na jego ruch. Co za afront! Skąd tu ten przeciąg, do licha?! Treść i natłok podejrzeń sprawił, że wściekły, w gestykulacji, wypuścił z rąk świecę. Schylił się i na czworakach, zaczął jej szukać. Kroczył dookoła, w kierunku bez jasnego celu. Włożył rękę do wiadra z wodą i – Psiakrew – przeklął.

Wstał raptownie, od czego zakręciło mu się w głowie. Dla zachowania równowagi, odchylił prawą nogę, która wylądowała w tym samym wiadrze, w którym chwilę wcześniej nawilżał przypadkowo swoją dłoń.

Kopnął wiadro, które z łoskotem uderzyło w ścianę tuż obok niego. Coś chlusnęło mu w twarz, i na koszulę. Podniosła się wrzawa za drzwiami. Stał wściekły, kapiący i zrezygnowany. Sterczał bez ruchu, a dźwięk jego miarowych kroków z sukcesem nielichym zastąpiły krople spływające z przemoczonego ubrania. Niosące się echem w dwie strony ciemnego korytarza.

Stał tak nasłuchując, nie wiedząc jak długo, aż ktoś otworzył drzwi. Odwrócił się gwałtownie w ich stronę, łapiąc zagubioną w ciemności orientację. To te drzwi! Nadzieja na nowo momentalnie odżyła. Serce przejęło pałeczki i jak oszalałe zaczęło wybijać rytm, już w Vivace. Ruszył pospiesznie w ich stronę zapominając o wszystkim, co go dotychczas powstrzymało. Po czterech chwiejnych krokach, na śliskim podłożu i w kradzionych butach, potknął się i uderzył z łoskotem kośćcem o posadzkę.
– Pieprzona woda – zasyczał zrezygnowany, dotykając czołem chłodnej teraktory.

Kiedy uniósł głowę, cień bezdźwięcznie zbliżał się do jej jasnego pokoju. Wdarł się do środka bezszelestnie, odwrócił do niego jeszcze głowę, a potem z hukiem zatrzasnął za sobą potężne, nieustępliwe wrota. Co rusz wywoływał i wtórował głośnej salwie śmiechu. Potem szeptał do gospodyni ciszej i ciszej, aż w końcu razem zamilkli.

A on, jak to Amant. Został sam, w ciemnej i mokrej od łez, dupie. Bez cienia i bez nadziei.