No to wyjazd

Ponieważ nie często dzieją się u mnie cuda, zapewne częściej niż u Robin Hooda, zdecydowałem się napisać co nieco na ten temat. No więc na wstępie wyborne było już samo poczęcie, pomysłu. Jak na prawdziwie męską przygodę przystało, wspomniana prokreacja nastąpiła w czasie późnych, sobotnich rozmów przy whisky. Wieczór był wyczerpujący i pełen sennych dywagacji, dlatego o pomyśle naturalnie zapomniałem.

Nie przeczuwając niczego nadzwyczajnego w kolejny wypłowiały, wtorkowy wieczór, wlałem swój cielisty odlew we wgłębienia dostojnej kanapy i uruchomiłem program – bezruch relaksem pachnący. Wychodząc z własnego ciała w towarzystwie półokrągłego niczym księżyc, telewizora ociekającego zalewem reklam wiele obiecujących głupiemu, obił mi się o uszy wyraz Jasna. Wyłączyłem tryb autopilota, włączyłem wzrok i ni z gruchy czy pietruchy, przypomniałem sobie o propozycji mi złożonej. O wyjeździe.

Mówię Soni o historii, ona w mig się godzi. Na tyle szybko, że czuję w sobie zakłopotanie. Takie odczucia w brzuszku, to zdecydowanie nie motylki. To coś pokroju żuczka gnojarza, któremu psotnik światło w łazience zgasił. Na szczęście na zewnątrz żona obiecuje i uspokaja. Jedynym mężczyzną w czasie mojej nieobecności w domu będzie Tymon, niespełna roczny siostrzeniec i Soni siostra.

Zaczyna się planowanie

Nie wdając się w szczegóły zaplanowania planu, jego uruchomienia i realizacji, przejdę do podroży, która rozpoczęła się na Mokotowie. Nieco później niż dobranocka. Do Krynicy Zdroju jechaliśmy do pierwszej trzydzieści, zalewani fontanną z nieba. Zapewne wszystkie lotne cherubinki z włoskich placów zebrały się nad naszym autem i uprzykrzały nam drogę. Kij wam w szprychy, łachudry! Z trudem, ale dojechaliśmy.

Obudziliśmy się rano i punkt o ósmej odpaliliśmy śniadanie. Wiadomo, trzeba być na styk. Wiadomo, w naszym kraju lepiej się przejeść niż zostawić bliźniemu bułeczkę na rano. Jak na członka prawdziwie polskiej rodziny przystało, opędzlowałem jajca, parówki i dobre świeże i pulchne bułki. Całość zalałem małą czarną, która działa stymulująco zgodnie z zasadą – pij kawę, aby robić szybciej i więcej głupich rzeczy.

No to jazda

Chwilka na przebiórkę i pędzimy zakosami na Jaworzynę Krynicką. Jeździmy i jeździmy, ale to nudne. Czas na przerwę. Jakoś sobie trzeba radzić, a my, duże chłopaki, radzić sobie już się nauczyliśmy. Pytacie jak się bawią panowie na wyjazdach relaksacyjnych? No cóż, odpowiem wprost. Albo nie, nie odpowiem na to pytanie. Jestem dżentelmenem. Bądźmy poważni, przecież żaden z mężczyzn nie spodziewa się odpowiedzi na pytanie zadane damie o wiek. Wiem również, że nie pyta się jak się bawią damy. Dobrze, tyle o kawałach z brodą.

Tak naprawdę, to byliśmy skrajnie grzeczni, przewidywalni, nudni i nastawiliśmy się na odprężenie w sporcie. Jedliśmy bardzo dużo szarlotek i piliśmy kawę z wiadra. A kiedy robiliśmy kolejne zapętlenie, stawaliśmy się nieznośni na wyciągach.

Nie wdając się nadmiernie w szczegóły, lubimy się pośmiać. Z siebie i innych. Po równo. Dla przykładu wyśmialiśmy Związek Januszy Polskich, którzy nam na złość, wysłali na Jaworzynę zgrupowanie upychaczy gondolek. Przez nich rzadko mogliśmy nacieszyć się sobą, w intymnej atmosferze.

Natomiast z właściwą powagą podeszliśmy do dramatu rodziny z Krynicy Zdrój. Reportaż rozpoczęła mozolna wędrówka wzdłuż wyciągu krzesełkowego młodego, wtedy nieznanego nam jeszcze, druha.

Maciek

W końcu dotarł na miejsce i rozpoczął poszukiwania ze sprzętem do wykrywania metali. Jak się dowiedzieliśmy, szukał w kopach śniegu swojego przyszłego szwagra z tytanowymi kolanami. Po co komu tytanowe kolana? Ano po to, by lepiej sobie radzić z jaworzyńskimi muldami. No dobrze, niezwykłość tej opowieści polegała na tym, że wspomniany i zaginiony Maciek lubił podjeść. Był rosłym chłopakiem i kiedy przed pierwszą przymiarką garnitury zdecydował się dłużej niż zwykle pościć, nikt nie spodziewał się dalszego przebiegu historii. A jak się okazało, długi post daje efekt jojo, więc tak się nażarł i opił, że zniosło go pod górkę i usnął gdzieś pod krzesełkami. Żeby tego było mało, usnął ponad dwa miesiące temu. Mówili nam autochtoni, że to normalka, że jak się za blisko niedźwiedzi mieszka, to i czasem się na takie sny zasypia. Chłopak, którego poznaliśmy wysłała panna młoda, bo ślub w kwietniu, a nigdy nie wiadomo czy zima będzie dłuższa czy krótsza.

Co się okazało, Maciek się znalazł. Wspólnie posiłkowali przez jakieś dwie kolejki, ale potem już tylko szwagier na dół sam schodził. Niestety Maciek znów się ulotnił na spanie. Morał jest taki, że jedni śpią na łyżeczkę, a inni wolą na niedźwiedzia.

W butach grząsko

Gdy już się rozjeżdżaliśmy tak obwicie, że nogi przestawały czuć grunt pod sobą, puszczaliśmy się frywolnie do hotelu. Relaksować się i odnawiać biologicznie. Jak przystało na rodowitą odnowę biologiczną z nalotem chińskim, do sauny wpakowała się grupka przypadkowych obiboków uzbrojona w majty, slipy, gacie i klapki lateksowo teks tylno. Przyznaję, po mistrzowsku zgrali się ze smrodem i odorem chlorowanej wody, który wparował do sauny w tej samej chwili.

Obiboki, może z wyrafinowania ujawniły swą lokalizację, hoho, mazowieckie nas dosięgło! Rosłe ziomy  prosto z Góry Kalwarii. Tolkienowskie trolle zaczęły snuć swoje opowieści o gigantycznych parowozach. Jak się okazało, lokomotywa, to duże grill z funkcją przyrządzania jedzenia. Ja już wiem i nawet sobie takie coś zrobię, by być tak rosłym, ja oni, chłopakiem.

Kiedy już opowieść o jedzeniu nam zbrzydła, ruszyliśmy na basen. Jego olimpijskie wymiary zmusiły nas do spoczynkowego nastroju. Potem leżak, tak mnie uczono. Przez ospale przeciągającą się chwilę wadziłem się z własnym lenistwem. Ruszyć po aparat i spróbować odzwierciedlić ten klimat w telefoniku, a może nie? Wygrało lenistwo.

Potem

Szybkie przebieranko i w miasto, na jadło. Aura była romantyczna i niewinna jak świeże, niepomalowane płótno obrazów Soni. Śnieg sypiący się z nieba, śnieg pod stopami, odnowione biologiczne ciała. Szliśmy spokojnym krokiem, gdzie niosło. Testowaliśmy zwyczajowo, pod czujnym dyktandem Magdy Gessler wszystkie typowo polskie dania, żurek, kwaśnicę, placek po zbóju oraz pizzę i frytki. Zdarzyły się niesubordynację jelit, ale najczęściej z przejedzenia.

Potem ruszaliśmy w dalszy spacer. Zwyczajowo docieraliśmy na wyborną czekoladę z żabki lub sok z żuka. A dalej równie spokojnie i grzecznie do domu. O dwudziestej drugiej jak grzeczne dziecka już spaliśmy. Taki to był wyjazd.

Męski wyjazd - Przystanek Miłosna

Trwają testy sklepu internetowego. Zapisz się do naszego newslettera, aby dowiedzieć się o jego uruchomieniu. Zamknij