Krokodyl z Nilu

Choroba, w ostatnim czasie dookoła mnie przetacza się fala paskudnego choróbska. W SKMce wszyscy prychają i psikają. Jest jak w filmie zombie. Zaraza rozprzestrzenia się gwałtownie i niesie się jak prąd elektryczny po lustrze wody. Jest szybka i gibka jak krokodyl w rzece. Patrzysz w nie, jesteś zdrowy, patrzysz ponownie i sam siebie nie poznajesz.

Kiedy docieram na konferencję, winda wznosi się w niebo w takim popłochu, że cała niestosowna i kłopotliwa zawartość nosa ląduje mojemu sąsiadowi na butach. Poczułem ulgę i niewysłowione błogosławieństwo drożnego nosa. Nieznajomy gapi się tępo w ekran telewizora, który wali z całych sił czołówką brytyjskiego CNN. Niech nam żyje postęp technologiczny i ludzie obecni tylko fizycznie!

Wychodzę z widny pierwszy, nie dziękuję. Uznaję, że przewinienie bycia niekulturalnym, to najmniejsze przewinienie jakiego dopuściłem się w tej klatce. Dziękowanie byłoby natomiast szczytem chamstwa, którym nie koniecznie chciałem się przechwalać w tej przestrzeni.

Napełniam się kawą i zamieniam w słuch. Wywody braci i sióstr zza wielkiej wody zdobione piękną, dostojną angielszczyzną, najpierw wprawiają w ruch zadumę i podziw. Kiedy wartości te osiągają swoje maksimum, niczym naczynia połączone, przelewają się, aby napełnić sąsiadujący zbiornik – błogość – odcięcie się od zgiełku tego technologicznego świata. Osiągam wyciszenie.

40tka

Za oknem widok z trzydziestego ósmego piętra ponacinany tętnicami miasta. Korytarze prowadzące w bezpieczne obrzeża. Spłowiałe tereny zielone wołają o odrobinę intensywności, ale dzień ten podobny jest jak ja, do sąsiada, a ten do kolejnego i za nim następnego. Dni, widoki i ludzie naznaczeni są przedłużającą się, zimową biesiadą.

Przerwy między wywodami są po to, aby wylewać i wlewać w siebie kawę. W jednym i drugim przypadku ważny jest coworking i networking. Proces wylewania różni się od wlewania. W pierwszym przypadku nie ma uścisków dłoni i wymiany wizytówek.

Oddający mocz mężczyźni bywają stawiani w złożonym położeniu. Powodzenie innych, ich płynna aktywność dekoncentruje tych, którzy nie mogą rozpocząć procedury. A co począć, gdy stojący obok postękuje jakby rodził kamienie? Jego wysyczane – Psiakrew – ścina strumień głęboko  w zarodku. Odwracam się i poznaję go. Purpura własna przypieka mi policzki. Widzę strumień lecący jegomościowi na lakierowane, upstrzone glutem, buty.

Karma istnieje – myślę sobie, ale sam nie wiem czy dobrze ją rozumiem. Kiedy wychodzę zmęczony z tego zgiełku, katar drogą wstępującą lokuje mi się w przodomózgowiu. Zamiast powstańczych haseł widzę muskularnego oprycha z hasłem „Bób, horror, włoszczyzna”. W metrze ścisk. Siedzący, zgarbiony leciwy jegomość odmawia szeptem swoje zdrowaśki. W rękach, zamiast różańca zwinne palce ślizgają się z gracją po mini kabanosach.

Choroba, wszędzie choroba.

Choroba jasna - Przystanek Miłosna