<2 miesiące

Za niecałe dwa miesiące będziemy już czteroosobową rodziną. Cudownie. Jak na głowę rodziny przystało, wyliczam w głowie i na kartce [wzrokowiec], co jest do zrobienia przed przyjściem na świat małego.

– Dom, to stała robota – mówi Sonia, a ja słyszę nie ją, a jej rodziców. Przecież jej doświadczenia z tym – naszym domem – są znikome, zaledwie półroczne. Za wcześnie na takie wnioski.

– Nic podobnego – mówię – podobną ilość pracy mielibyśmy w mieszkaniu. Sam nie wiem kogo bardziej oszukuję. Siebie, ją?

No więc wyliczam; pokój Bianki i wkrótce młodego, dopracowanie kuchni pod wymianę zabudowy, zrobienie ganku, nieznaczące pierdoły w dużym pokoju, jakieś tam licho jeszcze zostało. Szlifowanie, malowanie, pielenie, wycinanie. Dobrze, jak nie zdążę przed urodzinami, w dwa miesiące, to później trochę podziobię, ale niezobowiązująco. A jeśli będzie za mało, to wymyśle coś jeszcze, na przykład wyrzucanie ziemi, pozbywanie się kamieni, sadzenie trawy w innym miejscu i takie tam. Innymi słowy – gnój spod słonia do obsłużenia, znajdzie się znajdzie. Ale jak gnojowego zniesie reszta rodziny? Co z takiego męża i ojca? Gdzie rozmowy, pieszczoty, czułości i wspólny czas?

Deal with it!

Zamiast nich, znów ożywa refleksja – jestem jak ojciec. W ślad za nią, na odsiecz rusza kolejna – życie w zgodzie z sobą jest godzeniem wielopokoleniowych, rodzinnych istnień. Deal with it! Pod presją ich doświadczeń. Jak dobrze byłoby z tym zerwać. Raz na zawsze podziękować tym wszystkim, którzy złożyli się na nasze życie, którzy nam je dali, dając je wcześniej naszym rodzicom, ich rodzicom, naszym pradziadkom i prapradziadkom.

Chciałoby się utrzeć im nosa, pokazać środkowy palec, powiedzieć, ja będę inny, ja już jestem inny! Patrz tato, nie popełnię tego samego błędu, co ty!

– Czas … Wszystko jest kwestią czasu, synu –mówi on, a może ja, do mojego nienarodzonego syna – kiedy ryzyko powtórki staje się ledwo widoczne i majaczy nam na horyzoncie w tylnym lusterku, dzieje się PLUM. Od tak, po prostu. To genetyczne, rodowe dziedzictwo wita!

Chciałoby się zerwać z tymi naleciałościami, zrozumieć, że nie ma mnie jako jednostki, i że nie jestem samostanowiący. Jestem ogniwem, pomiędzy moimi przodkami i moimi potomkami. Muszę pokazać dziecku coś innego, o ile chcę zwiększyć jego szanse powodzenia. Aby mogło być bardziej sobą, niż mną. Aby mogło świadomie wybrać.

Tymczasem

Nadal nie pojmuję całości i walczę o dodatkowy czas, pracując – myśląc. Z dala od rodziny ,nastrajam radar próbując wychwycić najcichszy szmer zza światów. Zbieram doświadczenia, głosy, zespalam je z przejawami impulsywnych zachowań, z odruchami i pochopnymi decyzjami. Tak, wsłuchuje się w niekończące się dialogi w mojej głowie. Jestem taksówkarzem, prowadzę i toczę rozmowy z pasażerami tylnego siedzenia. Deal with it!

Nauka na cudzych błędach to mrzonki. Intuicyjnie wiesz, że obserwowane jest niczym przy doświadczanym. Kiedy widzi się ojca, jak połyka swój ogon i biega z wywieszonym językiem, aby zdążyć przed niewidzialnym przeciwnikiem, aby położyć arkusz blachy przez zmrokiem, wygładzić metr kwadratowy betonowej posadzki, czy wyciąć kolejne drzewo przed obiadem, wtedy najłatwiej o komentarz. Gdy człowiek kilka dni później robi to samo, własne uzasadnienie pośpiechu, przysłania jego bezsens. I takie jest życie. Deal with it!