Pada sobie deszczyk

W porze deszczowej rzadziej myśli się o wodzie, bo i po co? Woda kapie na głowę, wypełnia kieszenie, zalewa okulary. Jak na złość, dotąd żaden start up nie zabrał się za poczynienie podgrzewanych szkieł korekcyjnych czy wycieraczek. Trawnika nie podlewam, mam więcej czasu, ot choćby na takie próżne i niezaangażowane skrobanie.

Piszę o wodzie, bo wczoraj, pierwszy raz od szesnastu lat, kiedy to rozpocząłem pokojową okupację niedoszłej metropolii warszawskiej, dotarła do nas babcia. Łączę babcię z wodą, bo ze skojarzeniami nie ma rady, są jak dziecka. Babcia, jak na dostojną osiemdziesięcioczterolatkę przystało, nacechowana jest majestatem zmarszczek z niekończącymi labiryntami, których nie powstydziłby się twórca mitycznych przypowieści.

Moja babcia jest zmarszczona i skondensowana jak rodzynka. Skurczona do rozmiarów rdzennego przedstawiciela plemienia Pigmejów, choć jest biała. Przy niej szczególnie, czuję się jak przeklęta, przerośnięta, czarna owca w rodzinie. To przekleństwo wynika z grzechu pierworodnego i dziwacznej chrzestnej, której już nawet nie pamiętam. No może poza drobnym szczegółem, że na owe czasy zamieszkiwała Wrocław.

Czasami gdzieś w moich młodzieńczych, podświadomych zwojach pamięci czai się pojedyncza widokówka z jej podobizną. Jest na niej zła i starsza zarazem siostra matki natury, zazdrosna czarownica. Z nosem prostowanym na imadle, upstrzonym pypciem, zachwaszczonym mnogim, krętym jak prosiaczy ogon włosiem. Chwila, w której zbliżyła swoją twarz do mojej. Omiotła mnie słodko-smrodliwym oddechem, który nadal przypomina, jakże mile i dziwacznie zaraz wspominany z sielskich wakacji, krowi gnojownik. Rzuca łaskawie – krzywe zaklęcie – gotując przekleństwa w swojej smrodkowej jamie.

Pada sobie deszczyk, pada sobie równo

Przeklęcie

Od tego czasu, niczym królewna śmieszka w męskim przybraniu, równam się do reszty rodziny. Na stojąco, od rana do wieczora. W nocy, na leżąco, w pozycji embrionalnej, nie wiedzieć czemu zwanej także „na łyżeczkę”, nieustannie się garbię. Tak budzę się, śpię i zasypiam.

Rozmyślając nad rodową spuścizną, zasępiam się i dziwę. Czemuż to tak lubimy wodę kapiąca nam na głowę, a tak trudno nam pamiętać o tej, którą należy chłonąć paszczowo? Pozostając bez odpowiedzi, przenoszą swoją uwagę na tożsamość. Broń Cię Panię…  Oczywiście, że nie narodową.

W gablotach przymiotów rodowego dziedzictwa spoczywa rozłożony szeroko urodzaj i zatrzęsienie zmarszczek. Facjalne konsekwencje rubasznego śmiechu. Na zdjęciu, które zamieszczam jako dowód, wyglądam, przyznacie sami, jak mops, z nadmiarem skóry. Bardzo ostrożnie, acz konsekwentnie wzoruję się na babci. Bardzo chciałbym, o ile dożyję jej obecnego wieku, aby nie zamieniano mej psiej natury w kocią. Aby operatorzy zabiegów plastycznych w swoich paletach produktowych mieli inne wzory niż kocie twarze. Nie chciałbym bowiem wyglądać jak kocia Ewa Minge czy Meg Ryan 2018. Chcę być mopsem, choć mam Malamucią naturę.

Cholera

Tak się zapędziłem w tym rwącym strumieniu świadomości, że przeoczyłem, że miało być o laniu wody, a nie o mnie. Przepraszam cię drogi czytelniku.

Na otarcie łez, deszczowych, chcę oznajmić, że będzie lepiej. Paszcza na północy Polski powinna być niezwykle szeroko rozwarta, deszczówka miarowo zbierana, a tkankowe akwedukty zapełniane. Od jutra, to co zwykle. Weekend z lepszą pogodą.

 

Wasz pogodynek,
Maryjan