Nieporadnik budowlany cz. 1

Wiecie ile znalezienie dobrego fachowca? Tydzień, miesiąc, rok? A takiego speca od elewacji, co by dobrze i prosto wyprowadził poziomy i piony? Bez wybitnego zmysłu plastycznego czy nadmiernie wybujałej, artystycznej estetyki. Ot prostego wyrobnika. Wiecie? Bo my z Sonią, również nie.

Kiedy rok temu podpisaliśmy umowę przedwstępną na zakup domu, zdecydowałem się nie czekać na ostatnią chwilę. Poszukałem od razu kogoś, kto zajmie się warstwą zewnętrzną naszego niemłodego domu przypominającego ponury kolaż naspawanego Witkacego. Wiecie, tryb project manager odpalił się automatycznie, parafrazując reklamującą olejek do dupki matkę blogerkę z telewizora.

Poszukiwania rozpocząłem od grona znajomych. Namierzyłem dwóch nieszczęśników, których zacząłem urabiać wizją naszego nowego domu i jego ówczesnym dziwactwem. Jeden z nich odmówił mi natychmiast, mieszka zbyt daleko od Sulejówka. Drugi zgodził się od razu, proponując cenę o 60% wyższą niż rynkowa.

Mickiewicz, Oferma, Ofelia i Oferteo

W takiej niejasnej atmosferze wypłynąłem na Wpłynąłem na budowlany przestwór oceanu (tym razem parafrazując Mickiewicza). Serwis Oferia i Oferteo to pewniaki, w których zawsze coś znajdziesz, choć znacznie rzadziej coś dobrego.

Napisałem zapytanie, określiłem czego mi potrzeba, a zleceniobiorcy jak na rozkaz podjęli rękawicę. Rozpiętość zachłanności ich ramion była znaczna. Taaaaaaaaka ryba, to cena o 50% większa od znajomego, który chciał podpimpować naszą hacjendę. Inni, nieco mniej pazerni lub początkujący w interesie, cechowali się rozpiętością nieco mniejszą, swoich młodych, uczących się łasuchowania, ramion. A spośród tej gawiedzi „Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi” – (znów mi ten Adaś wyjeżdża, z tymi stepami akermańskimi. Adaś, to taki wieszcz, co mówi się o nim, że jest wiecznie żywy i młody. Coś jak Krzysiek Ibisz. W każdym razie na tym stepie znalazłem mistrza herbu Tania, szybka i sprawna akcja, jak kocica wiosną”.

Całun Turyński

Zaaranżowałem spotkanie trójstronne ze wspomnianym śmiałkiem pod już naszym, choć nadal zaleganym przez poprzednich właścicieli, domem. Pan był przed nami, co nam solidnie zaimponowało. Mniej więcej jak bardzo jak wybraniec wybrance na pierwszej randce. Taki, co to w roztargnionym oczekiwaniu na lubą, wygniótł obrus w restauracji w miarowe plisy spódnicy typu maxi. Taki, co to pot z udręki i zmęczenia zamienia w złoto, a wypocony obrus w zabytek bardziej kultywowany niźli całun Turyński.

Na spotkaniu zrozumieliśmy, że ten co za długo czeka, na więcej się łasi. Więc jak nam zaczął ten dom jak w menu wertować, to jął podbitki wymieniać, elewacje w daniu głównym, na deser rynny z kremem, a do kawy obróbki blacharskie.

Na spotkaniu był mój tata, pokiwał fachowo, acz tajemniczo głową i rzekł, że istotnie, w takim jak nasz dobytku, warto to wszystko wymienione na raz zrobić. Mieć na przyszłość święty spokój. Jakże nam było blisko wtedy do tego świętego spokoju, a jakże teraz daleko – rozczulam się z rozrzewnieniem.

Tatę przedstawiłem jako fachowca od brudnej roboty, co to będzie bacznie sprawdzał i doglądał przybytku w czasie moich codziennych wypraw do zakonu pracy. Na koniec tylko naszego chętnego, nazwijmy go Grzesiem (tak mam na drugie), poprosiliśmy o jakiś referencyjny domek. Po to, aby można było zobaczyć jak gładzi nieporządek i chaos na międzymordziu zabudowy jednorodzinnej.

Tytaniec pełen Kombatatarantów

Ten, podał nam namiar na dom na ulicy Kombatatartów, co nas nieco strapiło. Ni w ząb nie potrafiłem znaleźć takiego przyczółku w Google Maps, ale pojąłem, że wielosylabowce nie są silną stroną naszego gościa, a rozwiązaniem nieoczekiwanego rebusu może być ulica proponowana przez nieomylnego Googla, który to jak za rączkę doprowadził nas do właściwej nieruchomości. Nasz Grzesio przypominał mi moją świętej pamięci babcię. Biedna nigdy nie dotarła na seans z Leonardem di Carpio Bułeczka i Kate Winslet o tajemniczo brzmiącej nazwie „Tytaniec”.

Na miejscu obeszliśmy obcym ludziom nieruchomość, zaglądając w szprosy, jak wiejski kupiec w końskie zęby. Nie były one proste, co nam ojciec bezzwłocznie unaocznił, ale stały i nie ziały pustą paszczą rozpaczy – co było dla nas jak złoto.

Supermoce mają polscy bohaterowie

Tutaj muszę się z wami podzielić informacją o supermocy mojego taty. W wieku trzech lat wpadł do kociołka z wywarem z Bystrooka Opolskiego, story podobne do Obelixa. Od tej pory, gdy patrzy na świat, może podzielić go na najdrobniejsze poziome i pionowe linie, które w mig analizuje i orzeka czy są proste czy wchodzą w ala curve. Ja takiego bzika nie mam, Sonia podobnie, choć ona wykazuje większe skłonności ku estetyce wzrokowo-przestrzennej.

Dodatkowej otuchy dostarczyła nam świadomość, że skoro właściciel takiego aparatu wzorkowego będzie nadzorował szanownych budowlanych, to wszystko będzie w 100% w porządku.
Po kilku dniach dostaliśmy wycenę. Leżała i czekała tak kuszącą, jak szarlotka w American Pie. Bez ociągania, bez oglądania się za siebie. Wchodzimy w to i, że tak to wyrażę „delektujemy się” tym do dzisiaj.

Dalszy ciąg tej historii, sooooooon.
Tak, ona trwa.

 

A tych, co interesuje to, jak kupować dom, aby najeść się śmiechem, zapraszam >> tutaj <<