Polska – Senegal

Wczoraj świętowaliśmy mecz Polska – Senegal. Jak na Polaków przystało, czipsem z solą zakrapianym piwem z i bez alkoholu. Wyruszyłem pędem z wywieszonym językiem z pracy, by zdążyć na pociąg, którego odjazd niespodziewanie i niestosownie blisko zbliżył się do godziny usadzenia mojego pupska na siodełku Veturillo. Po drodze, jak to mam w zwyczaju, złamałem kilka przepisów ruchu drogowego, jednak nie więcej niż statystyczny rowerzysta na odcinku 5 km. Dotarłem zziajany na PKP Powiśle z czołem zroszonym niczym kufel zimnego piwa w tropikach.

Pociąg, co mnie w tym tygodniu niezmiernie zaskakuje, nie spóźnił się wcale. Nawet zatłoczony nie był, co mnie wręcz strapiło. Przywykłem bowiem dość sprawnie do wygody, do ciasnego stelażu współpasażerów, który to, nie wymaga wieszania rąk na wysokich orurowaniach pojazdu szynowego w celu utrzymania równowagi.

W trakcie podróży zdałem sobie sprawę, że to przecież czas laby nadszedł. Niektóre dziecka nie chodzą już na zajęcia, bo skoro noty wystawione, to lepiej zalegać w domu, niż zmagać się z upałem w wagonach.

Dotarłem do Sulejówka z nie lada humorem

Jeszcze tylko konieczne zakupy i resztę dnia spędzimy w błogim relaksie, przy meczu. Bez zbędnych ceregieli zacząłem telefonem dobijać się w telefon żonci, ale bezskutecznie. No nic – myślę sobie – pewnie ją zmogło. Wielki brat z Facebooka podpowiada, że od godziny nieaktywna, wiec pewnie legła zmęczona. Znużona usypianiem nadaktywnej Bianki.

Prostując się nieco i włączając proaktywną postawę, dotarłem do mijanej codziennie cukierni decydując się na garść ciastków nurzanych w kremowej zalewie i oblanej galaretą, zimną jak przysłowiowa niemiecka baba.

Załatwione, odhaczone, lecę dalej. W domu cisza, wita mnie Pepe wachlując ogonem nagrzane powietrze. Pies – wiatrak na głodnego nie pociągnie, a ja czuję się winny, pakując mu do michy twixa parówkowego o składzie 93% mięsa w mięsie. Trzeba nam zrobić zakupy. Trzeba i jemu. Szybko, przed meczem.

Opieszałym szarpnięciem klamki w pokoju budzę śniące królewny. Podnoszą głowy jak na znak, jakby w ogóle nie spały. Pakujemy się i zbieramy do sklepu.

W tym miejscu zaczyna się karmiczny początek historii

Jeszcze dla zmyłki mówię, że jest 16:40, trochę by je pogonić, a trochę po to, aby po zakupach mieć czas odsapnąć przed meczem.Zakładam Biance buty, wychodzimy z domu, schodzimy do garażu. Pakuję córkę w fotelik. Ona wyciąga ku mnie ręce, nachylam się, by ją przytulić. Odtrąca mnie. Wyciąga ręce ponownie i już wiem, że nie do mnie. Wiem, po co. Wręczam jej przedmiot zaintrygowania, by miała zajęcie, kiedy będę otwierał bramę. Zamykam tylne drzwi samochodu i nim robię krok w kierunku bramy, słyszę znajome – pyk i nieme – Sezamie, zamknij się.

Choć nie mam go przed sobą, w wyobraźni ruszam na górę i zapisuję w jej pamiętniku;

W wieku półtora roku, nasza córka po raz pierwszy wypięła się na rodziców i zamknęła przed nimi drzwi na klucz. Co prawda samochodowe, ale jednak.

Na szczęście w środku chłód, auto stało w cieniu, na nieszczęście nasze, drugiego kluczyka brak. Przez kolejne 20 minut próbujemy na zmianę nauczyć Biankę ekspresowo obsługi kluczyka, ale bezskutecznie. Małe logo BMW jest dla niej tak ważne, że dwa inne przyciski pozostają niezauważone. W końcu rzuca klucz na tylną kanapę, a mnie pozostało ostatnie koło ratunkowe – telefon do przyjaciela.

– Dobry wieczór, tu Marcin, twoja wnuczka siedzi właśnie sama, szczęśliwa i zabarykadowana w samochodzie i musimy jakoś wejść do środka. Masz trzydzieści sekund na wybór jednej z czterech odpowiedzi:

  1. wybić boczną szybę,
  2. podważyć szybę w klapie,
  3. wyrwać drzwi z futrynami,
  4. poczekać aż wnuczka zmądrzeje lub zgłodnieje i sama otworzy.

Podziękowałem tacie za podpowiedź, po czym zaznaczyłem i uskuteczniłem zgodnie z jego sugestią opcję a.

Po nie małym wysiłku, szyba w końcu skapitulowała, a jej zdefragmentaryzowane ciało pokryło część tylnej kanapy, niczym płatki wiśni wiosenny trawnik. W takiej świeżej aurze ruszyliśmy spóźnieni do sklepu. O 16:40.

Na mecz zdążyliśmy, czipsów się najedliśmy i podwójne smutki chmielem zalaliśmy. Najważniejsze, że pierwszą przegraną w tych mistrzostwach mamy już za sobą. Z kolejną pójdzie nam łatwiej. Porażka polskiej reprezentacji szczęśliwie przykryła zawód rodzicielski. To, że nie nauczyłem wcześniej Bianki obsługi kluczyków samochodowych. W duchu obiecuję to nadrobić. Rozważam założenie videobloga o nauce jazdy pojazdem osobowym dwulatków.

A tu się kończy

Ale cokolwiek by nie powiedzieć, czy napisać, wiem już, że nie warto się spieszyć na mecz piłkarski polskiej reprezentacji. No chyba, że dorobię się kompletu kluczyków do fury, albo gdy zyskam pewność, że dziecko otworzy mi ją, gdy zacznę je przekupiać czipsami.