Wsiadłem do pociągu w towarzystwie

Z postanowieniem. Z postanowieniem zmiany własnych przyzwyczajeń. Od zaraz. Polityka, sądy, życie celebrytów, Piłkarska Żenada Narodowa, kolejna odsłona starań Roberta Kubicy i jego „już prawie w Formule 1” – niekończący się spektakl, galop bezliku wielowątkowych płytkich telenoweli przyprawił mnie dzień wcześniej o zawrót i ból głowy. Nawet ostatni album Tame Impala, który uwielbiam, przesłuchałem setki razy. Trudno już powiedzieć, czy bardziej męczy czy daje wytchnienie.

Wytchnienie przed czym? Czego szukam, przed czym uciekam? Nagła i rzadko widziana pustka w głowie wznieca panikę. Łapię się na tym, że automatycznie szukam czegoś pod ręką. Sięgam po telefon, jak nałogowy palacz po papierosa. Głód niczym nuda, napędzana kolejnymi, mijanymi codziennie minutami zwiększa chęć wypełnienia treścią każdego skrawka płuc.

Nawyki w podróży

Kiedyś kochałem, jak tytułowy bohater – pies, jeździć koleją. Przymusową bezczynność na czas podróży, rozlaną w wygodnych, pluszowych kanapach. Rozległe krajobrazy z żywą naturą przeplecione wykwitem ludzkich rąk. Nienamolne gawiedzi współpasażerów. Spojrzenia, te ukradkowe i moje, nie mniej ciekawskie. Cisza, spokój, relaks. Pauza po i przed tym, do czego się jedzie.

Run Forrest, run!

To wszystko zastąpiła idiotyczna pogoń. Konieczność wyciśnięcia ostatniej kropli z każdej chwili. Efektywność tych czasów jest przekleństwem mojego pokolenia, a może nie tylko. Tym gorszym przekleństwem, że nieświadomym. Jedynie sen bywa  jako takim wytłumaczeniem nic nie robienia. O ile tylko dawkujemy go z umiarem. Broń cię panie, nie więcej niż osiem godzin na dobę.

Wbijam się w drukowaną piżamkę, otwieram „Prywatne życie łąki”. Czytam poniży fragment.

Sielsko mi, z postanowieniem
Prywatne życie łąki – John Lewis-Stempel

Niespieszne spojrzenie zamkniętych oczu przelewa się po walijskich łąkach. Zmęczony i podładowany wracam z nich na wieczorny seans. Odpoczynek w osieroconym gospodarstwie, z którego rozpościera się widok na wlewającą się do domostwa  faunę i florę. Słucham gospodarza, historię tak prostą, że na głowie włos mi się jeży. Tak, tak, ten nieliczny, pozostały. Coś wyje we mnie, a ja ostatkiem sił ściszam głos w sobie. Pierwotne relacje z przyrodą. Choć wydają się być tak daleko ode mnie, to gdzieś w głębi, ze środka raptownie w takich momentach wychodzą. Nabierają rozpędu i sił, aby wyswobodzić się spod wielowarstwowej miejskiej otuliny. Zręby wiejskiej tożsamości.

Udaje mi się ukryć łzy wzruszenia, przełykam ślinę nagromadzoną emocjami i wracam do przedziału. Znów wiem, gdzie jestem. Zwarty, gotowy i świeży. Jadę do pracy.

Z sumą drobnych, przypadkowych wrażeń sielsko mi na serduchu.