Dzień, jak co dzień

Jak co wieczór, przed zaśnięciem, przytulamy się.  Zapach skóry dziecka. W taki słoneczny dzień jak dzisiaj czuję go wyraźniej. Nigdy nie dość jej pieszczot. I ta jej subtelność. Kładzie się bokiem na łóżku i plecami do mnie. Opiera się na moim ramieniu i odpowiada na pytania, które ktoś dla mnie niewidzialny i niesłyszalny, szepta jej do ucha. Referuje kolejny, udany dzień – wnioskuję z tonu jej głosu.

W takiej atmosferze łatwiej o sen. Odpływam. Ja, a ona za mną. Wyczuwam w jej skórze znajomy zapach. Ta nuta coś mi przypomina, ale nie mogę jej z niczym skojarzyć. Wreszcie na końcu języka przebija się moja ulubiona przyprawa z dzieciństwa, Maggi. Natura bywa osobliwa. Pachnieć przyprawą, której nigdy w życiu się nie jadło.

Rozmyślam nad tym cudownym zrządzeniem losu. Moja córka pachnie Maggi, ja rosołem. Tak, dziwisz się pewnie, ale tak właśnie jest. Moja skóra, może szczególnie wtedy, gdy się nagrzeje letnim słońcem, pachnie rosołem. Jakie to wszystko zabawne – dryfuję w rozważaniach lekkich jak kremowa zasłona sypialni, unoszona podmuchem ciepłego powietrza – ale z nas duet! Tata rosołek i dziecko, ukoronowanie, doprawienie, dosmakowanie. Kwintesencja smaku.

Ocknąłem się gdzieś pomiędzy tymi kolejnymi uniesieniami nad pokrewieństwem smaku i zapachu Bianka śpi, wstaję przybierając pozy cyrkowego akrobaty, tylko po to, by jej nie zbudzić. W takich chwilach muszę wyglądać komiczne. Czasami, gdy jestem za mało ostrożny, Bianka budzi się i śmieje się ze / do mnie.

Dzień zwykły

Dzień później kładziemy się jak zwykle. Mała bryka, a ja w przerwach, kiedy jest bliżej wącham ją jak prosiak trufle, bo nadal nie mogę uwierzyć w te zaskakujące, pokraczne zapachowe pokrewieństwo. Niestety, po Maggi ani śladu. Łajam się, że wygłupiłem się myśląc, że ktoś może pachnieć przyprawą i to nikt inny, a moja córka. Zasypiamy razem, budzę się i wymykam się z pokoju jak czworonożna łasinoga.

Dzień ogrodowy

Kolejnego dnia usypianie zaczyna się inaczej niż zwykle. W ogrodzie. Przerywam pracę wyrwany z amoku ziewami Bianki. Szerokimi jak ramiona rybaka, co metrową złotą rybkę złowił.

– Taaaaka ryba! – rzece córka.

Zmiana rynsztunku na wersję sypialnianą i do spania. A tu kuku! Taaaka ryba tam, a Tyyyyyle książek tu. I każda do przeczytania. Przynajmniej dwukrotnie. Lalki jak pulsacyjne pomarańczowe światło na skrzyżowaniach mrugają do Bianki swoim dużym, szklistym okiem. My Little Pony nalega na czesanie grzywy długiej jak warkocz sześćdziesięcioletniej królewny zamkniętej w wysokiej wieży. Mój spokój i wielka nadzieja na rychły sen córki, zostały w ogrodzie i już za nimi tęsknię.

Chwilę później, jak na pstryknięcie palcem, wszystkie obowiązki młodej damy się kończą. Ktoś wyłączył jej prąd. Słońce niknie za węgłem planety, Bianka tężnieje i przysypia. Przy każdym wdechu dociera do mnie łagodna, znajoma nutka. Wymęczone, strudzone i wybrykane dziecko i jej młody, przyjemny mundurek. Poznaję go – zapaszek Maggi. Dociera do mnie i mój własny. Pan bulionik.

Na miedzy snu i jawy rozmyślam o sklepie, w którym sprzedaje się ludziom zapachy. Czemu ja i Bianka dostaliśmy obiadowe wdzianko? Jakim daniem pachnie  mama? Krupnikiem, zupą ogórkową, pomidorową? Może spaghetti, skoro tak ceni Włochy. Długo nie znajduję odpowiedzi. Niewiele rozumiem. I nagle, bęc, budzę się.

W kociej kombinacji ruchów schodzę z łóżka. Wychodzę z pokoju. Idę prosto pod prysznic. Nabrać maminego zapachu.

W krainie Maggi - Przystanek Miłosna