Macierzyństwo czy tacierzyństwo kojarzyło mi się z intensywnie budującym czasem przemiany i dojrzewania. Ciągiem nadzwyczajnych decyzji, wewnętrzną, indywidualną zmianą na lepsze, dopełnianiem się cyklu narodzin. Innymi słowy, skondensowanym czasem pozytywnej przemiany. Byłbym nieszczery, gdybym napisał, że to bujdy i nieprawda. Przeciwnie, mnogość tych cudownych chwil odbiły mi się pozytywnie i wystarczająco na moim życiu. Faktycznie, do teraz nie potrafię zliczyć zmian w życiu, które przysporzyły mi dwie małe pociechy, a przecież ta historia dopiero się zaczyna. Jednak w natłoku kolejnych doświadczeń, to co było, coraz dłużej zdaje się pozostawać w tyle, jakby bez tchu próbując dogonić moje tu i teraz.

Starając się o należytą Wam precyzję, przyznam, że nie bez kozery piszę o tych wszystkich cudach w czasie przeszłym. Na dodatek – dokonanym. Teraz i od dłuższego czasu nie jest już sielankowo, a w każdym razie sielankowość w coraz dotkliwszej dysproporcji miesza się z przytłaczającym zmęczeniem.

Dawniej starałem się z pietyzmem codziennie poddawać się psychicznej wiwisekcji. Tak, aby niejako powtórnie przeżywać każde przyjemnostki dnia poprzedniego. Aby zbadać jak bardzo jestem zadowolony z życia, które sobie w pełni świadomie upichciłem. Powiem Wam, że byłem smacznie przepełniony lukrowym szczęściem o aksamitnym finiszu sielskich wieczorów, które dały nam z żoną odetchnąć po trudzie wychowywania Bianki. Taka codzienna, zasłużona nagroda po wytężonym wysiłku. Świat wydawał się nawet w tak prostym względzie logiczny, bo sprawiedliwy.

Ale dzisiaj bliżej mi do teorii maratonu, którego koniec nie jest określony. Codzienne niepełne drzemki są tylko krótkim postojem w drodze. Dobre spanie, wyspanie, relaks? Owe luksusy obrały sobie za miejsce ciemny zakątek pamięci i w codziennej krzątaninie nie wyściubiają nosa z czasów sprzed narodzin pociech. Przysypianie na spotkaniach  biznesowych, spłoszony wzrok i krótkie badawcze spojrzenia sondujące czy ktoś widział moje przymknięte powieki na nieco dłużej niż mrugnięcie – to już nawet nie nowość, ale krępujące dolegliwości, które wydają się trwać wiecznie. I na dodatek podle próbują się ze mną zaprzyjaźnić.

To na swój sposób dziwaczne, bo w domu łapiemy fazę odwrotną. Budzimy się na trzy godziny czując, że po tym krótkim odcinku specjalnym będzie okazja na złapanie oddechu. Misja – położyć dziecka. Czasami się udaje, ale najczęściej oczekiwania nie idą w parze z rzeczywistością. Nasze głowy parują od pomysłów, aby koniec tego dnia dla każdego w naszym domu był pozytywny. Aby obyło się bez nerwów, podniesionych głosów, krzyków. A co dopiero, aby przeżyć weekend! Ale czym bardziej się człowiekowi chce, tym trudniej to wychodzi. Wiecie, samo życie …

Mimo to znaleźliśmy złoty środek i przyznam się Wam, że działa doskonale. Posikany dywan, wylany sok, o jedno słowo dziecka za daleko zaczynają śmieszyć. I nie ma się co dziwić, bo kolejne powtórzenie niechcianych aktywności dziecka przecież nie może być tym jednym krokiem za daleko. W natłoku tych specyficznych zachowań, jedno więcej nie robi różnicy. Cudownie to rozumieć i poczuć na własnej skórze. Chcecie wiedzieć, co tak dobrze działa? Obejrzyjcie reklamy w telewizji – suplementy diety, leki na uspokojenie. Poważnie, działają. A jeśli nie, to nic, placebo też robi cuda.

W tym kontekście myślę sobie, że życie potrafi płatać nam figle. Kiedyś człowiek robił wszystko, aby chłonąć świąt każdym porem skóry. Dosłownie. Dzisiaj sięgamy po leki, aby skutecznie ograniczyć te nieustające bodźce, które atakują nas w domu. Pewnie nasz wybór nie jest najlepszym sposobem, ale cholera, dzisiaj nie znamy innego.

Na obecnym etapie zmęczenie przybrało taki rozmiar, że sprzątanie, remontowanie, własne interesy, które są przecież dla mnie [jak pewnie dla wielu z nas] niczym spełnienie marzeń, to wszystko czeka w gigantycznym korku, który już nawet nie drga. To oczekiwanie coraz śmielej przypomina mi o własnych ograniczeniach. O czasie, który mija i który nigdy nie wróci. Czy po pięćdziesiątce będzie jeszcze sens, aby sięgać po więcej?

Kolejnym przykładem nieplanowanej zmiany jest nasze upodobanie do jazdy samochodem. Dawniej stroniłem od niej, bo w sumie a nóż stanie się wypadek, coś się komuś przytrafi, będzie kłopot, szpital i inne pierdoły. Tymczasem teraz kochamy naszego 16letniego czterokołowca, bo daje nam dwu, czasami trzygodzinny relaks. Dziecka w aucie śpią, a ja zastanawiam się na półką na kokpicie i laptopie, który pozwoliłby nam obejrzeć jakiś ciekawy filmik, widziany wcześniej sto razy, ale pozwalający oderwać się od naszych kochanych dzieciaków. Jakiś romantyczny klimacik, do którego nam obecnie tak daleko. Nasze oczekiwania nieustająco pikują, co przestaje nas już nawet dziwić.

Optyka rodzica przy drugim dziecku zmienia się diametralnie. Może tylko moja, może. Wypełniając dzisiaj w pracy listę obecności, pustą jeszcze [pierwszy dzień pracy w 2019], rozmyślałem nad przyszłymi datami. Co przyniosą, którego dnia los osłodzi nam życie, którego dnia będzie nam lepiej? Co się popsuje, co się zmieni? Dawniej sam planowałem przyszłość, a teraz zmagam się z tym, aby przetrwać tę chwilę i ten dzisiejszy dzień. Zastanawiam się do czego nowego przyjdzie się nam jeszcze z żoną przyzwyczaić, bo że przyjdzie, że pojawi się coś nowego, coś co nas zaskoczy, wiemy na pewno.