Doczekałem się piątku

Świetnie – mówię sobie – i co z tego? Nie łatwo cieszyć się weekendem, kiedy jest się młodym stażem rodzicem – uspakajam się i tłumaczę sobie zarazem.

W czym nadchodząca część tygodnia ma być powodem do radości, skoro nie mam bladego pojęcia co zrobić z czasem, który do dyspozycji pozostawiają mi dzieci? Jak sobie sprawić radość, jak zrobić sobie dobrze w pozostałych resztkach dnia?

Odhaczanie dnia po dniu i przesiadywanie jak w dupie ciemnej, dusznym i ciasnym bagażniku nawet najpiękniejszego wymarzonego wozu, to zmora. Kiedy tydzień w tydzień prowadzi się takie samo życie, nie trudno przegapić znaku przy drodze wieszczącym Welcome Jałowe życie.

Codziennie odtwarzam w głowie tę samą płytę. Budzę tę samą nadzieję myśląc „weekend” i wywołuję rozczarowanie nadchodzącym tygodniem i niedzielą wypalającą resztki złudzeń. Dzień świra w dniu świstaka.

Tak samo, tydzień w tydzień. To, co robię jest pozbawione sensu. Za takie życie powinno się karać. Nawet jeśli główną intencją skazańca jest robienie dobrze rodzinie, to kara i tak się należy.

Nie daj Boże, koszty mojego serwisowania by wzrosły i moje utrzymanie przestałoby się rodzinie opłacać. Stałbym się awaryjny  – ojoj, co wtedy, co wtedy?

Przerwa

Wczoraj planowałem przerwać zaklęty krąg. Urozmaicić nieco swoje przewidywalne życie. Zszedłem po książkę do najniższej kondygnacji domu. Lubię czytać, nawet enty raz tę samą pozycję. Kiedy już dotarłem do celu, co nie chwaląc się ani nie narzekając, nieco mi zajęło, zacząłem rozwieszać pranie, bo pech chciał – finiszowało słysząc miarowe kroki lżejsze jedynie od moich powiek. Kiedy już w komplecie dyndało na sznurku machając pustymi rękawami do siebie, rozpoczynając nieme dyskusje, ruszyłem do nowej sekcji domu.

Ta powoli naściennie nabiera różowych kolorytów, jak policzki postaci malowideł Soni. Tam umorusałem się i wtopiłem w ściany, gipsowanie, szlifowanie, niby chwila, moment, a przepadłem. Kiedy już skończyłem, ruszyłem się obmyć i wróciłem na górę. W głowie radośniej – bliżej końca remontu, to bliżej chwili odpoczynku, pianina na dole, czasu dla siebie i bliżej mojego zen.

Dzisiaj w pociągu ocknąłem się, że wczoraj na górę wróciłem bez książki.

Chaotic man

Dzień jak co dzień, mister chaotyczny. Każdą myśl pojawiającą się w mojej głowie próbuję natychmiast w realu dogonić przerywając aktualną na tapecie aktywność. Z drugiej strony, kontrolując się, kończąc skrupulatnie co tam w danej chwili dziergam, zapominam w międzyczasie co podpowiada głowa. Tak źle, tak niedobrze. Aby wydać werdykt, która ze strategii przynosi większe spustoszenie, a która jest lepsza musiałbym się bawić liczydłem.

Oswajając własne przywary trzeba odwagi, aby żyć jak pies z kotem czy jak [ja] z rodziną. Bycie nie polega na kontrolowaniu wszystkich i siebie samego, w tym każdej sfery własnej psychiki. Pełen fokus na korygowanego deformuje i zubaża życie. Skoro mniej lub bardziej też to czujesz, nie pozostaje nam nic innego jak zrozumienie, że bycie jest ciągiem mniej lub bardziej świadomych przewinień, przebaczaniem sobie, nie przejmowaniem się. Życiem z bananem na twarzy [bo po co się spinać] na myśl o każdym potknięciu, słabości, pogoni innych za zrozumieniem, że życia nie ma w stałym poprawianiu się, optymalizowaniu, coachowaniu, chłostaniu, korygowaniu i zamianie przyzwyczajeń.

Gdzie jest Ż?

Oczywiście, dla mnie nie ma w takich miejscach życia, ale może Ty czujesz inaczej? Skupianie się na cudzych, własnych błędach czy potknięciach bywa hipnotyczne i zaraźliwe, wiem, „byłem tam nie raz”.  Ta uwaga pochłania bez reszty, że zapomina się o życiu. Kiedy lata temu próbowałem wcielić w życie prawidła Eckharta Tolle z książki „Potęga teraźniejszości”, przez dwa lata nie mogłem się otrząsnąć z wrażenia, że jestem wszędzie poza tu i teraz. Najczęściej w swojej głowie, najrzadziej na zewnątrz, w teraźniejszości.

Bycie własnym obserwatorem, badaczem, psychologiem pozbawia nas życia. Nikt nie jest sobą, ani ten, który wyłapuje niesubordynację na własnym pokładzie, ani ten niesubordynowany pasażer Twojej psychiki.

Po tamtej niechlubnie przełomowej lekturze wszelkie prawidła traktuję z olbrzymim niesmakiem. Wędruję sobie bezdrożami bez GPSu i błądzę. Uśmiecham się na myśl o tym, że kolejny raz zapomniałem po co żyję, na co to wszystko? Kolejny raz pytam siebie, zadaję te same pytania. I nic. Znowu nic. Ok, przyzwyczajam się, niech tak będzie. Długa lista pytań, sporadyczne odpowiedzi. Może tak jest lepiej, lepiej tak niż objeść się z rana i cały dzień się głodzić.

Miarkowanie przyjemności i odpowiedzi ma sens, choć bywa ciążące. W ciągu dnia rośnie we mnie tłum dziwactw, podstępnych wybryków, własnych przemyśleń i natury. Nie zgrane obecne chciejstwa i spóźnione konieczności. W nocy dobre skrzaty porządkują miasto, segregują śmieci, gaszą światła. Czynią kolejny dzień nieco lżejszym. To przypadkowi, niezapowiedziani goście napędzają miasto – staram się o tym pamiętać.