Czytający i podglądający nas nieco dłużej niż miesiąc, wiedzą, że nasza energia, a zdecydowanie moja, w ostatnim czasie nieco podupadła – więcej fermentu tutaj. Na pocieszenie spieszę dodać, że jadę w sobotę do „sanatorium”. Będę siał ferment pięknymi zdjęciami z Austriackiego Tyrolu. W jednym z wcześniejszych wpisów żaliłem się, że dziecka oznaczają odłożenie własnych marzeń. Nadal w pewnym sensie i częściowo się z tym zgadzam. I dorzucam kolejną cegiełkę z nadzieją, że coś z tego w końcu urośnie i nabierze zrozumiałego kształtu.

Trochę poznania z zaszłości

Nasze poznanie z Sonią było nadzwyczajne [powiesz – jak pewnie każdej nowopoznanej pary]. To, że fizycznie i emocjonalnie byliśmy sobą całkowicie pochłonięci było solidnym fundamentem. Rzecz w tym, że kiedy się poznaliśmy rozpoczęliśmy indywidualnie proces zmiany i pracy nad sobą. Nie dlatego, że wymagaliśmy tego od siebie samych czy wzajemnie. Coś w nas potrzebowało uporządkować własne życie i oddzielić przeszłość szczelnym parawanem przed tym, co miało przynieść jutro.

W tamtym czasie byłem pod przeogromnym wrażeniem książki „Droga artysty” Julii Cameron i wierzyłem, że nic co się dzieje wokół nas, nie wydarza się bez przyczyny. Co zabawniejsze, wcale nie trafiłem na nią, bo planowałem zmienić własne życie, ale przypadkiem, kiedy wróciłem po sześciu latach na studia, moja promotorka dodała tę książkę do listy lektur nadobowiązkowych. Zgodziłem się z autorką i nadal się z nią zgadzam, możemy nie być wystarczająco uważni, ale otwierając się na świat, zaczynamy dostrzegać, że nam sprzyja. Nieustannie.

Poznanie

Nasze poznanie z Sonią zainicjowałem sam, przełamałem dziwaczną, życiową rutynę. Piszę o tym, bo w moim życiu to wyjątek, a dotychczasowe krótkie i długie znajomości inicjowały kobiety, z którymi byłem. Po pierwszym spotkaniu, dotarło do mnie, że Sonia ucieleśnienia moje wszystkie marzenia. Piękna brunetka z długimi włosami, delikatnymi, smukłymi palcami u dłoni, z indywidualnym i mocnym charakterem i na dodatek ładnie śpiewająca [o czym miałem okazję przekonać się znacznie później w trakcie długich samochodowych podróży, kiedy skutecznie uspakajała marudzącą córkę].

W takich chwilach niczym w finałowej scenie hollywoodzkiej produkcji „Apartamentu” czuliśmy, że trudne i żmudne docieranie do chwili naszego poznania, bezlik błędów, które popełniliśmy, masa przykrości, szereg niepowodzeń, to wszystko straciło na znaczeniu, bo mieliśmy siebie. Ba, nawet uznaliśmy, że dzięki tym wybojom jest nam łatwiej docenić, co mamy.

Mógłbym śmiało napisać, że wyszedłem ze strefy komfortu [nienawidzę tego wyświechtanego sformułowania, ale czego nie robi się dla czytelnika dla lepszego zobrazowania historii]. Robiłem wiele rzeczy, bo czułem w tym sens, wierzyłem w to. To był czas głębokiej przemiany. Miałem mnóstwo czasu dla siebie. Rozpocząłem naukę gry na pianinie, regularnie praktykowałem Zen, rozpocząłem warsztaty śpiewu, zacząłem pisanie i wierzyłem, że mogę zaprogramować się na swój własny sukces.

Byłem jak plastelina. Jak gąbka chłonąłem ze świata informacje, które docierały do mnie w swój naturalny, zwyczajny, nieuporządkowany sposób. Układałem je w głowie w oparciu o wiarę, że wszystko co się w nas dzieje, dzieje się dla nas samych. Wszystko co nas spotyka, wspiera nasze marzenia. Umysł, podejście do bycia, filozofia życiowa były w tamtej chwili nie mniej plastyczne, jak drobna chińska akrobatka artystyczna.

Gdy poznałem Sonię

Dodawaliśmy sobie otuchy w stawianiu pierwszych kroków w materii, o których niewiele wiedzieliśmy. Tak po prawdzie, uczyliśmy się żyć na nowo, a na pewno ja, największy pragmatyk, sceptyk pesymista i sensei słomianego zapału.

To, co wydarzyło się w czasie pierwszych tygodni po poznaniu Soni, oznaczało całkowitą zmianę światopoglądu. Otwieranie się na ewentualności, na budowanie przyszłości na bazie bieżących doświadczeń, nie tych, które ledwo pamiętałem. Powiedziałem sobie koniec ze żmudnymi psychoterapiami mającymi na celu uporanie się z ponurymi widmami przeszłości. W długiej perspektywie wszystko zaczęło się doskonale układać. Z braku pomysłu na siebie starałem się sięgać po wiele, próbować, a w międzyczasie wykorzystać marketingowe doświadczenie i nagłaśniać poczynania Soni.

A potem przyszło dziecko i wywróciło nam życie do góry nogami. Przed urudzeniem się drugiego przeprowadziliśmy się do własnego domu. Trzy cele, które sobie obraliśmy i to dokładnie z takim tajmingiem i kolejnoścą zostały spełnione. Pozostał ostatni cel – marzenie [na razie] – samorealizacja.

Zmienne

Ilość zmiennych, z którymi musieliśmy sobie radzić w naszym życiu radykalnie wzrosła, a ja ciągle marzyłem, nieco częściej gdzieś na zapleczu świadomości, że to co odłożone, nie spocznie na wieki amen w zamrażalce własnych ambicji. Sonia kontynuowała malowanie i działała z coraz większym powodzeniem, a ja regularnie dorzucałem swoje marketingowo informatyczne coś, aby było lepiej. Wszystko szło jak w szwajcarskim zegarku, dopóki nie dotarło do mnie, że biegam w kółko jak pies za własnym ogonem. Że nie mam na siebie żadnego pomysłu.

Bywa,  że czuję się jak Glonojad przyssany do ambitnej, uzdolnionej kobiety i staram się ją za wszelką cenę stymulować [o zgrozo, wyssać], aby w symbiotycznym uścisku było nam razem lepiej. Często sam siebie pytam, jakie są moje intencje i motywacja? Chcę Sonię uchronić przed światem w systemie, z dala od dużych korporacji. Myślę sobie – jej delikatność zasługuje na spokój. Czasami, w gorszych chwilach myślę, że jestem jak farmer, który próbuje zwiększyć wydajność swojej kury znoszącej złote jaja, ale tak po prawdzie czuję, że kieruje mną zupełnie zgoła innego.

Coś, co siedzi cicho jak mysz pod miotłą. Moje intencje są próbą odnalezienia dowodu istnienia złotego Grala. Uzyskaniem pewności, przekonaniem siebie samego na przykładzie najbliższej mi osoby, że kiedy się chce i dobrze pracuje, sukces jest osiągalny, a marzenia osiągalne. Niestety na razie częściej dopada mnie przygnębienie i żal. Mazgaję się, bo moja droga wydaje się tak dziwacznie enigmatyczna.

Enigmatyczna – co masz na myśli?

Odpowiadam. Przed urodzeniem Bianki wybraliśmy się do numerolożki. Poszedłem drugi, zachęcony Soni pozytywnym odbiorem spotkania. Usłyszała, że jeśli nie będzie malować, będzie nieszczęśliwa. Droga prosta jak drut. Miałem nadzieję, że i ja dostanę konkretny przepis na sukces. Taki, któremu się łagodnie jak baranek podporządkuję i będę czynił wszystko, co by się udało.

Tymczasem odpowiedź od numerolożki była gorsza niż strzał krążkiem hokejowym w kolano. Oczywiście wszystko jest kwestią spojrzenia, filozoficznego podejścia do szklanki w połowie pełnej czy pustej, ale powiem Wam, że byłem zdruzgotany. Jak się słyszy, że ma się rozległy talent, ale wyłącznie ode mnie zależy, jak chcę go i na co wykorzystać, to opadły mi ręce.

Kiedy człowiek idzie i oczekuje odpowiedzi na najbardziej nurtujące go w życiu pytanie, a dowiaduje się, że może wszystko, nie zbliża się nawet o cal do sukcesu. Skoro więc mam tak rozległe talenty i starając się je wykorzystać, staram się wszędzie po trochu. Także w roli męża, ojca i biznesowego partnera. Burząc stereotypy, staram się stać za swoją kobietą sukcesu.

Co prawda apetyt na więcej, na coś własnego ciągle dokucza, ale nieustająco żyję sukcesem żony. Zbieranych przez nią pozytywnych wpisów, komentarzy, zachwytów nad obrazami i  zdjęciami. Nadal trzymam się kursu, jestem uważny, pozostaję w kontakcie z tym jednym marzeniem. Co zabawne, w swój dziwaczny i inny niż zakładałem sposób, nadal się do mnie zbliża. Do nas. Kiedy nie patrzę, podchodzi. Jak dzikie leśne zwierze, wygłodzone, zwiedzione ciekawością. Krok za krokiem. Zmierza w moim kierunku. W naszym.