Przełom. Schyłek zimy, posmak wiosny

Dziesięć lat temu w sezonie jesiennozimowym zwykłem się raczyć hibernacją w domowych zaciszach. Ot taka rutyna, która toczyła się sezonowo kilka lat z rzędu. To był czas tylko dla mnie. Nie oglądałem Netflixa, nie siedziałem na Fejsie, Pornhub nie istniał. Ten czas kojarzę z pięcioma rekwizytami – wanną, świeczkami, książką, zeszytem i długopisem – gwarantuję, to zestaw o niebo lepszy niż Piątka Morawieckiego. Nic innego nie oddaje lepiej tamtego klimatu niż czerwone świeczki – podgrzewacze hurtowo skupowane w sklepach Ikea.

Dopóki byłem sam, wydawało mi się, że wszystko jest naturalne i właściwie. Zmrok stawał się idealnym kompanem i prowodyrem wieczornych posiadówek. W czasie tych sesji przelewałem litry wody w wannie [zastępując zimną, tą cieplejszą]. Pamiętnego roku, dziesięć lat temu, zacząłem się spotykać z nader towarzyską dziewczyną. Moje regularne, jesienne zanurzanie się w ramionach żeliwnej, białej damy stało się dla tej nowej niepokojące [zazdrośnica].

Aby rozstrzygnąć nasze różnice zdań i preferencji, przy braku Wikipedii, zagłębiłem się w akademickie podręczniki. Jak na samozwańczego hipochondryka przystało, przyklejałem sobie łatki co drugiego schorzenia do czasu, w którym nie zagłębiłem się w termin sezonowego zaburzenia afektywnego. Poszukiwań zaprzestałem, lampę naświetlającą obiecałem sam sobie sprezentować i na tym kadr epizodu zakończyłem. Bez zapowiedzi, po angielsku, moje schorzenie wyszło za maż, zostałem sam, a przyjemności się skończyły.

Było, minęło, do tego roku

Przed wyjazdem na snowboard [trzy tygodnie temu] czułem, że moje życie przypomina niekończący się serial Gry o Tron, zloopowany na odcinku, w którym niemal wszyscy giną, a ocaleli gniją zlewając się z lodowatą posadzką w najczarniejszych lochach. W tym czasie ja, nadworny Quasimodo nieprzerwanie sprzątam gnój po słoniach i trenuję gruczoł duposmroda skunksów. Ok, sorry, poniosło mnie. W każdym razie czułem przesycenie żmudnością powtarzalności życia. Braku jego sensu i w ogóle takie tam.

Po przyjeździe z Austrii przez chwilę było lepiej, aby trzy dni po powrocie stan ducha wrócił do tego samego, szarego wymiaru. Leki, które zacząłem brać przed wyjazdem, a na którym brać je przestałem, znów stały się składnikiem codziennej diety – koniecznością. Uspokojenie zastąpiły otępienie i stany depresyjne. Myślę sobie, że może to leki są sprawcą tego zamieszania, ale pewności nie mam do dzisiaj.

Daddy blues

Nikt chyba dotychczas nie pisał o daddy bluesie, więc pewnie nie istnieje. A może jestem pierwszym, więc pozwolę sobie na takie mianowanie ojcowskiego stanu. Niech ta góra bałaganu tak się właśnie nazywa. Kto bogatemu [w świat wewnętrzny] zabroni?

Sonia pisała o trudnych przejściach po urodzeniu Milana, a ja, jak przystało na Polskie Koleje Państwowe, z zacnym opóźnieniem zacząłem w letargu leniwca swoje boje pół roku po narodzinach najmłodszego. Sonia myślała o opuszczeniu nas, choć pozostaniu sobą, ja poszedłem dalej. Szukałem w sobie energii i siły, aby nie dręczyć siebie po podjęciu decyzji o odejściu. Nie wyobrażałem sobie codziennej świadomości o pozbawieniu rodziny szczęścia, W tle uruchomiłem program autodestrukcji i wypełniałem swój codzienny obowiązek zatruwania życia rodzinie. Soni tłumaczyłem własne potknięcia i dziwactwa „moją drogą”, wirażami na drodze do zrozumienia siebie samego.

W tę sobotę usiedliśmy do śniadania. Na zewnątrz świeciło słońce, karmnik zapełniały ptaki, a drzewo niczym bieżnię przemierzała spanikowana wiewiórka poszukająca zaginionego orzecha. Dzieciaki były wyjątkowo pogodne i zdecydowanie nie zasługiwały na pochmurnego ojca. Ale podobno rodziców się nie wybiera. Znów coś we mnie okazało się silniejsze. Emocjonalność.

Sonia zapytała mnie, co mi dolega, jak może mi pomóc, o co chodzi? Odpowiedziałem podobnie jak wcześniej, a potem nastała długa cisza. To była droga donikąd – pomyślałem. Czuliśmy to razem, choć każdy trawił to w milczeniu. Zastanawiałem się jak ująć w słowa to, czego nie potrafiłem nazwać. Próbowałem pojąć, co zrobić, aby wykonać pierwszy krok, bez względu na jego kierunek. Kilkukrotnie otwierałem usta próbując zacząć, ale coś we mnie krzyczało, że to nic nie zmieni.

W końcu beznamiętnie wybełkotałem pierwsze słowa, a za nimi pojawiły się coraz sprawniej i szybciej kolejne. Jedno po drugim. Opowiedziałem jej, zgodnie z prawdą, że mam dosyć wszystkiego, że nie potrafię znieść życia, siebie, tego co robię, ale kocham ją i dzieciaki ponad życie. Opowiedziałem jej, że najchętniej odsunąłbym się / usunął / wykasował, gdybym miał pewność, że będą mieli odpowiednie wsparcie innych. Ale nie miałem. Dla Soni ten temat i to co się ze mną działo, było doskonale znane. I to znacznie bardziej niż Wam się wydaje [ale to już jej część historii], więc zaproponowała mi lekarza. Odmówiłem, i nadal uważam tę opcję za ostateczność.

I to był przełom

Od tego czasu jest coraz lepiej, choć tylko „lepiej” to za mało powiedziane. Do teraz trudno mi ocenić, co sprawiło, że w głowie zagościła wiosna. Chwila za chwilą, dzień za dniem stawał się przyjemniejszy i weselszy. Jasne, może to kwestia dłuższej obecności słońca na niebie, sama jego obecność – brak zachmurzenia, powrotu do domu z pracy przed zmrokiem, a wyjazdu do niej po wschodzie żółtego pielgrzyma.

Ten weekend dostarczył nam niezłego kopniaka. Może wręcz nas ogłupił? Do głowy wpadł nam pomysł – „… a może by sobie sprawić trzecie dziecko?” Na szczęście wdrożone zabezpieczenie przed wpadką jest także remedium na impulsywne i zbyt pochopne decyzje. Zatem jeśli przemyślimy, to zobaczymy, nie wcześniej.

Kolejny dzień, i to co dziwne – poniedziałek, to czysta przyjemność; precyzyjnie dobrana kolejność zajęć, dopracowane w każdym szczególe chwile, życie chodzące jak w szwajcarskim zegarze, z proporcjami godnymi hiszpańskiego cukiernika.

W ciągu dnia ruszam na badania marketingowe i słucham nieśmiałego chłopca z technikum. Opowiada, że chce założyć rodzinę, kupić dom i żyć szczęśliwie. Może zbyt surowo oceniałem młodzież, a może za mało ją znałem, całkiem jak emocjonalność.

Ona jest jak narkotyk. Jak inny wymiar czy stupor u najbardziej witalnego człowieka. Przeraża mnie jej zdolność wymazania w dowolnej chwili racjonalności życia i jej równie łatwe przywracanie. A jednak bez niej, jest jak bez wiosny, bez przełomu. Jak wieczną zimą. W nas samych, i poza nami.