Koniec tygodnia

Z jednej strony – radocha, bo to wszak piątek, przyjaciel u bram, weekend za zakrętem, zwieńczenie tygodniowych zmagań. Z drugiej strony, jakie to ma znaczenie, skoro każdy kolejny dzień czy część tygodnia są tak przeraźliwie do siebie podobne? Rzucam sam sobie pytanie, w powietrze. Dużo głośniej niż bym sobie życzył, nietaktownie wprawiam w osłupienie współobecnych:

– Dlaczego tak tęsknisz za weekendem, ośle?

Górujący nad pozostałymi wzrostem i zaangażowaniem pali się siedzący w pierwszej ławce – kujon Maciek. Z wyciągniętymi obiema rękoma wyrywa się, aby wykrzyczeć swoje. Patrzę na niego i kiwam głową zrezygnowany i zmieszany. Wstaje i odpowiada:

Porządek dnia

Rzuca jak żołnierz i natychmiast siada. Widać, że rozpiera go duma, jak po pierwszym razie. Patrzę na niego ze zmieszaniem, bo żadna podpowiedź. W czym inny porządek musi być lepszy od tego w tygodniu? Analizuję plan dnia w roboczej części tygodnia i nie widzę w nim żadnych mankamentów. No może poza faktem, że siedzenie w jednym miejscu, w którym nie koniecznie chce się tyle siedzieć może być deprymujące.

Widząc moją nietęgą minę Marysia podnosi nieśmiało rękę. Chce pomóc, ale boi się niepowodzenia. Skracam jej męki, ośmielam nieco, kiwam głową, aby wyrzuciła to coś z siebie.

Może chodzi o wyspanie?

Rzuca. Siada strapiona, wyraźnie zakłopotana, oczekując na wyrok – moją reakcję.

Uśmiecham się do niej, trochę z sympatii, i  dlatego, że może mieć w tym nieco racji. Tyle, że nie w każdy weekend udaje mi się wyspać. W zestawieniu z dużymi nadziejami na odespanie tygodnia, najgorsze jest rozczarowanie niepowodzeniem lub wyraźna porażka, kiedy młody czy i młoda wybudzą się w okolicach godziny piątej.

Luźny Mirek, wyczuwając niepowodzenie poprzedniczki szczerzy zęby i odpowiada nieproszony

Można się na legalu upić!

Patrzy wyzywająco na moje reakcje, a kiedy ich nie dostrzega po kilku sekundach, nonszalancko siada.

Sam nie wiem co mu odpowiedzieć, jest w tym dużo sensu, ale znów, czy mógłbym powiedzieć z pewnością, że po to czekam na weekend? Nie sądzę. Mam nadzieję.

Znudzony zajęciami rozmyślam o przerwie. Tak mam, zawsze chcę być w miejscu, w którym nie jestem. Najchętniej byłbym tam, gdzie powinienem być za chwilę. Trochę dlatego, aby szybciej dostać to, o czym marzyłem lub mieć za sobą to, co złe i nieuchronne. Nadal liczę, jak przeklęty, zaklęty we mnie idealista, że zjawi się niechybnie taki moment, w którym jak deszcz z jasnego nieba spadnie na mnie objawienie – recepta na szczęśliwe życie. Od tej chwili będę zgodnie z jej przepisem prowadzić właściwą sobie kurację, po której czekać mnie będzie uzdrowiona na wieki wieków amen – psychika. Będę tak bardzo szczęśliwy tu i teraz, że strach przed wyrwaniem mnie w inne miejsce i do innego czasu będzie moim jedynym zmartwieniem.

Do rzeczywistości przywołuje mnie głos spod okna, to Jola. Kiwam głową uśmiechając się niemrawo, ona odpowiada

Za wolność wyboru

Mówi i siada nieobecna, wpatrzona w okno i w dal za nim. Przecieram zmęczone oczy i zastanawiam się nad tą odpowiedzią. Ma sens, owszem, o ile chce się z tej wolności korzystać. O ile uda się uwolnić z brzemienia ciężkich łańcuchów przyzwyczajeń. O ile będzie się miało nieco energii i otwartej głowy, aby zrobić coś innego niż zwykle. Z letargu wyrywa mnie dzwonek. Dzieciaki nie czekając na mój sygnał, po prostu wychodzą.

Właśnie zaczął się mój weekend. Zamykam dziennik, chowam przybory do torby. Jakaś część mnie zaczyna się w duchu cieszyć. Druga zaczyna psioczyć, przypominając że już w niedziele, a może w sobotę wieczór, zemdli mnie powtarzalność nadchodzącego raźnym krokiem poniedziałkowego poranka. Wciągam zapach starej zasłużonej klepki znoszącej latami uczniowskie wybryki. Kokaina z lamusa – uspakaja.

W przebijających się zza okna promieniach, rozpoznaję  gramy nadziei. Życie nie jest niewłaściwe. To kwestia podejścia do niego, do bezsensownego wyczekiwania tego, co gniecie i nie puszcza ze swych ramion przyszłość. To kwestia konkretnej, pozornie prostej zmiany, której nie potrafię wcielić w życie. Siedzę za tym biurkiem jak stary nauczyciel z dziurawymi butami, bez sposobu na własne życie. Chciałbym być dziadem z nowym wkładem, ale życie toczy się inaczej.

Siedzę, a zmiana wymaga stromego podejście do szczęśliwego życia. Lub odpuszczenia sobie. Jest weekend, cisza. Zero podpowiedzi, hałasu. Jestem ja. Jesteś Ty. Jest weekend.