Piątek wieczorową porą, dziecka śpią

Siedzę na swoim z herbatą, popalam, rozmyślam. Zwyczajnie w tych okolicznościach przyrody człowiek miałby powód do zadowolenia, oto cały tydzień przeżyty (jako tako), a perspektywa weekendu delikatnie porusza w brzuszku prastare motylki. Oh, ta myśl o rozkoszach dwóch kolejnych dni i niezobowiązującym błogostanie! Z dzieciakami tak można? – pytasz. Owszem! Dlatego teraz tak mocno marzę o tej chwili, prawie tak mocno, jakby nie zdarzyła się nigdy dotąd. Tymczasem zbłąkany, pogubiony ogarniam remonty, bo mieć przez tydzień tyle samo na głowie, to jakby stracić rachubę, czy dźwiga się liścia, czy ma się na niej wagon „słoniów”.

Remonty w moim wydaniu to permanentny stan chorobowy. Pozwolę sobie napisać – jak alkoholizm. Znacie to, jeśli sami chorujecie lub / i choruje Wasz mąż czy żona. Mówi:
– Hej, ale to już ostatni pokój, naprawdę. Potem do końca roku nie dotknę pędzla. – Nie wierzcie.

Diagnoza

Nawet jeśli wiesz lub on wie, co go trawi, nie miejcie złudzeń – diagnoza to zdecydowanie nie półmetek ozdrowienia. To czyściec, z którego człowiek przez całe życie wychodzi nieporadnie jak Syzyf. Remonty, działanie, krzątanie, ruch, zmiany – cudowności. One wszystkie pozwalają oddalić się od siebie, od wnętrza. Od samorealizacji. Od grzebania się po pachy w lepkiej mazi niepewności, wytracania kompleksów, negatywnych przekonań na własny temat. Dealowania z pieprzonym krytykiem wewnętrznym. Próbowania się ze sobą i całym światem, przekraczaniem granic, byciem out of the box i innymi cholerstwami.

Remont to błogosławieństwo

Fakt, męczące, ale dzięki temu jeszcze bardziej skutecznie kneblujące motywację i zmianę. Odraczające ją. Malowanie pokoju, kilku pomieszczeń, dopieszczanie półek, wożenie po mieście w pojedynkę kanapy w samochodzie wypchanym jak wóz sianem. To fun i osiągniecie, a jak! Grunt, że nie trzeba się mierzyć z samym sobą, chłopcem w piwnicy czy strachem ze strychu.

Tłumaczę sobie, że to wszystko tak musi być, tak to jest zrobione. Inaczej być nie może. Że przecież remontuje ku chwale rodziny, przecież nie dla siebie, że każdy na tym skorzysta. W domu będzie cudowny kąt do medytacji, do której wrócę już wkrótce, jak wracam codziennie po latach. Będę się tu chował od czasu do czasu, poczytam książkę i może wreszcie coś napiszę, o ile odwaga pozwoli, a powierzchnie do przebudowy się skończą.

Jeszcze tylko jeden szot

Potem z tym kończę. Racjonalizuję własne wybory, w których jest mi bezpieczniej, odkładam siebie, żonę, dzieci. Po raz ostatni. Na pewno.

Te rozmyślanie zbiegło się w czasie z artykułem, który mieliśmy okazję przeczytać z Sonią. Tematem było wychowywanie dzieci, a jakże inaczej. Autor przekonywał, że samotne zabawy dzieci to coś całkowicie zrozumiałego i naturalnego. My, rodzice, nie możemy bowiem zakładać, że jesteśmy jedynymi osobami, z którymi może się ono bawić. A zatem, idąc jego myśleniem, skoro dziecko nie śpi, nie ma co ze sobą zrobić, to powinno się ono tych samotnych igraszek z naszą pomocą – nieobecnością nauczyć. W przeciwnym przypadku nic, nigdy nie zrobimy z naszym życiem, bo nie będziemy mieli na niego czasu.

To podejście jest tak radykalne, a jednocześnie chłodne, logiczne i znane z autopsji, że nie potrafię go jednoznacznie ocenić. Czuję się rozdarty. Kiedy byłem mały, nie przeszkadzało mi, że musiałem sam szukać dla siebie atrakcji i zabaw. Nawet z dodatkową poprzeczką postawioną przez ojca – ci są za młodzi, a tamci za głupi. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie odpuścić inicjowanie zabaw i zajmowanie się własnymi dziećmi, choć to naturalnie ogranicza mi własne chciejstwa i drogę życiową.

O ironio, w tym zamieszaniu najzabawniejsze jest to, że nie kto inny, jak właśnie nasze dzieci dały nam motywację do wzięcia życie w swoje ręce i działania. To dzięki nim staramy się wykorzystywać czas poza etatem, aby zrealizować nasze marzenia. Lubię wierzyć, że wśród naszego uwikłania w bieżączkę, poza naszym wzrokiem rozgrywa się walka z naszym przeznaczeniem, zrywaniem z rodzinnym przyzwyczajeniem, mentalnością.

Pracoholizm nie wziął się znikąd

Pracoholikiem jest również mój ojciec. Uwielbia coś robić. Często śmiejemy się do niego – pytając co zrobi, kiedy skończą mu się tematy do zrobienia? Odpowiada – nigdy mi się nie skończą, zawsze będzie coś do zrobienia – I chyba coś w tym jest, bo kiedy wybiera się dom zamiast mieszkania, to tak właśnie jest. Dom to ogrom doznań, przyjemnych i tych innych. On sprawia, że ojciec rodziny bywa zmęczony, padnięty, pochłonięty kolejnym mikro problemem remontowym. Sprawia, że ojciec nie jest sobą w relacjach z dziećmi. Nie ma do nich cierpliwości, nie mam dla nich czasu, sił.

Świat to kłębowisko informacji często wykluczających się. Dbaj o siebie, dbaj o innych, liczą się tylko dzieci, liczysz się ty. Bądź egoistą, olej wszystkich czy bądź dla innych. Dopada mnie przygnębienie, gdy wyobrażam sobie, że postawiłem wszystko na jedną kartę, że już wybrałem. Najłatwiej przyswajam scenariusz, w którym oddaje się bez reszty rodzinie. Kosztem własnego życia. Jednak taki, jak każdy inny wybór będzie wskazówką dla moich dzieci. Wskazówką więcej niż niepożądaną.

Tak więc nie pozostaje mi nic innego, jak żyć dalej bez odpowiedzi i błądzić. Nie nazywać życia, a nim żyć. Dopuszczać się błędów indywidualnego wyboru, który są w nas wpisane. Cieszyć się tym błądzeniem, o ile daje ono nam radość i nie rani innych. Uczyć się wybaczania sobie, zamęczania siebie, jeśli ma to być dla nas i naszych potomnych nauką. Nie odwoływać się do książek, badań, ekspertów. Nie jesteśmy daną statystyczną, odchyleniem od normy, przeciętnym Kowalskim. Jesteśmy sobą i bądźmy sobą.

Odpalam kolejnego papierosa wieczorową porą. Myśli uwolnione, jak nowonarodzone dzieci, dają siłę i chęć. Do spania.

Trudne zmiany pokoleniowe