W życiu problemy dzielę na dwie kategorie. Pierwsza to problemy nieuchronne, istnieją i prędzej czy później każdego dopadną. Są jak komary, które latają dookoła ciebie w ciemnym pokoju. Dużo łatwiej z nimi walczyć, kiedy siedzą ci już na skórze. Mnie jednak dopadły problemy drugiej kategorii – nieoczekiwane.

Zanim urodziła się Bianka, prowadziłem poukładane życie oparte na sporcie, przyjemnościach i zajęciach rozwojowych. Było pływanie, bieganie, siatkówka od czasu do czasu, regularne pianino, medytacja rano i wieczorem, nawet na seshin się wybrałem, wypady surfing, snowboardowe. Były książki rozwojowe i książki dla przyjemności, kino na tyle ambitne, że jego leniwy charakter i długie ujęcia hipnotyzowały, a nie usypiały, jak teraz. Jednym słowem – idylla. Byłem absolutnie przekonany, że cechy owych przyjemności i moja do nich miłość sprawią, że przenigdy się ich nie wyrzeknę. Byłem.

W sobotę, już w łóżku, rozmawialiśmy z Sonią na temat „naszego czasu”. Sonia po kręgu dla kobiet zapytała, co sprawiłoby mi przyjemność? Opowiedziałem, że prostą receptą byłby regularny i stały powrót do pasji sprzed urodzenia Bianki. Nic więcej i nic bardziej. Opowiedziałem jej, że nic co w ostatnich miesiącach robię nie jest niczym, co robię wyłącznie dla siebie. I do licha, co jest najgorsze, to nie dlatego, że dzieciaki zabierają mi 100% czasu, ale dlatego, że nie potrafię wrócić do poprzednich przyzwyczajeń i tamtego trybu życia.

Tamtej nocy uzgodniliśmy, że na pewno coś z tym zrobimy, podzielimy się swoim czasem i jakoś go ułożymy, aby każdy miał go trochę dla siebie. Chwilę później zasnęliśmy, jakby samo wymyślenie rozwiązania krańcowo nas wyczerpało. Po rozmowie mieliśmy jeszcze okazje na powrót do tematu, ale tak wyszło, że i to nam nie poszło.

Problem w tym, że tak jak się człowiek do czegoś przyzwyczai, a niewiele mu potrzeba, to trudno jest cokolwiek zmienić. Co ciekawe, czasami nawet na lepsze. Chcesz przykładu?

Przykład

Spory czas temu przymierzałem się ponownie do medytacji. Dobrze mi to robiło wcześniej i wiedziałem aż nadto, że potrzebuję codziennej dawki posiadówek. Od zaraz. Tyle, że od decyzji do działania czasami mijają wieki, może tylko u mnie? Przez ponad miesiąc zbierałem się w sobie, żeby zaszyć w poduszce do praktyk dziurkę długości trzech centymetrów. Kolejnego dnia, bo na jeden to za dużo aktywności [w myśl strategii małych kroków – nawet do małych kroków ktoś strategię wymyślił] zniosłem ją na dół, do mojego orientalnego, peerelowskiego pokoju i zacząłem. Minął jeden dzień, super. Potem zrobiłem przerwę. Zdziwiło mnie to, bo jestem egzemplarzem raczej przesadnie systematycznym, ale wypadek przy pracy zdarza się nawet bezrobotnemu. Przez trzy dni z rzędu znów wszystko było idealne. Praktykowałem do przyjazdu rodziców Soni, którzy zajęli ten pokój. Od tego czasu do dzisiaj do medytacji w ogóle nie wróciłem, a minął ponad miesiąc.

Bycie rodzicem wiele w nas zmienia. Bycie rodzicem przenosi nas w inny wymiar, na którego wybór nie mamy wpływu. Mawia się, że bycie rodzicem wyzwala w nas niesamowite pokłady siły, pozwala nam stworzyć się na nowo, wywrócić podejście do życia o 180 stopni. Doświadczamy tego na bieżąco. Każde z nas, Sonia i ja marzymy o wypoczynku, o zrobieniu czegoś dla siebie, ale wiemy, że pozostawienie nas dwa dni bez dzieci spowoduje, że zaczniemy szyć, malować, gładzić ściany, borować, sprzątać, projektować, sprzedawać, szukać nowych biznesów.

Nadal próbujemy ocknąć się w nowej rzeczywistości. Przeciągamy się od dwóch lat jak po trzydziestoletnim śnie i nie potrafimy spojrzeć na siebie jak na małe dziecko, które potrzebuje uwagi i czasu, przyjemności. Kochamy nasze życie, a jednocześnie czujemy, że nigdy nie było nam tak trudno i ekscytująco zarazem. Tak dobrze razem i tak trudno z samym sobą.

Wiedząc, że tak nie należy, że dbałość o siebie to podstawa, mogę się wytłumaczyć jedynie parafrazą z wiersza Jana Twardowskiego – śpieszmy się nienawidzić złe przyzwyczajenia, tak szybko stają się normą.