Dawno, dawno temu był sobie książę

Wieki temu ktoś bardzo sprytny i nie mniej leniwy uknuł coś arcyważnego. Początkowo wyłącznie na swój własny użytek.

Siedząc bez weny, bez pomysłu na siebie i co gorsza, będąc zupełnie bez sił uznał, że za te braki odpowiada nie on sam (co oczywiste), ale rzecz jasna, coś poza nim, i poza jego kontrolą.

Będąc pogodnym optymistą,

uznał, że nie ma w nim niczego, co może być niedoskonałego. A i, co nie mniej zaskakujące, w nim samym nie ma także niczego, czego mogłoby być za mało. Oczywiście nie licząc owego składnika, na ów czas nienazwanego. Tego ezoterycznego komponentu występującego z częstotliwością burzy, to jest na krótko i od czasu do czasu.

Po wielogodzinnych naradach z samym sobą, w ukryciu, kiedy inni oddawali się nikłej przyjemności pracowania na rzecz innych, on znalazł właściwe słowo.

Motywacja

W ubiegłym tygodniu, w środę, jak codziennie z resztą, nadszedł moment na naradę z samym sobą, (wszyscy którzy podglądają Przystanek Miłosna i znają nasz rozkład zajęć, wiedzą, że kiedy dzieciaki śpią, udaję się do piwnic, aby oddawać się rozmyślaniom). Poza radzeniem się siebie, nie oddaję się niczemu innemu. Najpewniej dlatego, że pojęcie motywacja ze względu na swoją specyfikę rozeszła się w moim otoczeniu niepostrzeżenie, jak eter w magazynie.

Delektując się chwilą, czekając na zgubę więcej niż cierpliwie, patrzyłem w siebie i przed siebie. Odczuwałem. Takie momenty  studzą mój zapał, który niczym palone gumy chcące przemierzyć setki kilometrów buksują czekając na wysprzęglenie. W środku gasnę, żarzę się na nowo i cierpię, rozgrzany, przegrzany i zmarznięty zarazem. Wtem, kilka metrów przed sobą, ponad świeżo skoszoną trawką, a dalej w pionowych szczelinach parkanu dostrzegam babę na rowerze.

Magic is in the air

Patrzę na nią i czuję magię, która utkwiła w tym nieskrępowanym misterium wzajemnie zależnych od siebie ruchów lewej i prawej kończyny. Zahipnotyzowany obserwuję to powolne przemieszczanie się, nieupstrzone celowością podróży. I co? I co? Dojrzałem to, poważnie! Patrzę i widzę brykające w ciele kobiety endorfiny! Te, niczym stado nano kowali wykuwa całkiem LIVE, w realu witalne i zdrowe serduszko aktywnej, i zdrowej jak ryba, pacjentki.

Tuż za tą nader bogatą symboliką i wizualnymi rozkoszami (nie, pani wcale nie była atrakcyjna), pojąłem, że swobodne rozkoszowanie się widokiem jadącej daje mi dystans od rozczulającej się wersji samego siebie. Nawet takie bierne – obserwowane – jeżdżenie daje mi potwornie dużo motywacji, aby zacząć ową jazdę praktykować. Nawet nie próbując zagłębiać się w samego siebie zrozumiałem, że dla siebie, zdrowia, ducha i kij wie czego jeszcze nie ma i nie znajdzie się nic lepszego.

Po tak krótkiej i intensywnej lekcji mojego Innercoacha byłem przekonany, że to jest to, czego mi trzeba i niczego innego prawdziwego nigdy nie było.

Jeśli czujesz podobnie, to zaczynaj dzisiaj, teraz!

Jeśli masz wątpliwości, przeskocz niżej.

Ciepłej cieplej cieplej cieplej

W praktyce, w moim przypadku racjonalizacja wysiłku z obietnicą odrobiny przyjemności nadal niewiele znaczą.  W Twoim przypadku natomiast, wiedź, że mój innercoach nie dodzwonił się do Twojego zdrowego rozsądku. Najpewniej z powodu przepełnionej poczty głosowej.

W swoim interesie będę szukał dalej. Gdy coś zadziała, dam znać. Bądź jednak znacznie bardziej pewien / pewna, że opowiem, co jeszcze na pewno nie działa.

A jeśli coś hula lub nie hula u Ciebie, podziel się. Wspólna lista wyborcza na pewno zbliży nas do sukcesu.

Historie rowerowe