Odkąd mam dzieci, jak większość mam, narzekam na brak czasu. Czasami tęsknię za poprzednim stylem życia. Wtedy miałam więcej swobody, byłam sama dla siebie. Ale czy to było życie w zgodzie ze sobą? Niestety nie, jedno nie miało z drugim nic wspólnego. Dopiero od niedawna czuję się wolna. Dzisiaj decyduje sama o sobie. I paradoksalnie tę wolność dały mi dzieci i zmiana stylu życia, który na pozór wydaje się być uwiązaniem i niewidzialną smyczą.

Poleciłbyś/poleciłabyś komuś macierzyństwo?

Ja nie. Ten wybór powinien być świadomy, wtedy prowadzi do wolności. Powinien wynikać z samodzielnej decyzji. Co prawda zawsze dodaję, że doświadczenie idące z posiadaniem dziecka, jest tak zdrowe, niesamowite, budujące i dostarcza nieprawdopodobnie nowych emocji, że życie bez dzieci byłoby dla mnie teraz zwyczajnie smutne i ubogie. Nie chce żyć bez dzieci. Nie są moim sensem życia, ale w pewien sposób nadały mojemu życiu sens. I nie mam na myśli oglądania słodkich buziek i całowania pachnących stóp (choć niewątpliwie jest to rozkosz w najczystszej postaci), ale przybliżenie mnie, nas, do rozumienia istoty życia na ziemi, do sensu istnienia świata. Ale pamiętaj, że mówię to jako matka, kobieta, która wie co to jest być matką.

No to co z tą wolnością i dziećmi?

Wszystko zależy od tego jak postrzegamy w swoim życiu wolność. Czy jest to tylko możliwość decydowania o sobie, czy rozumiemy ją głębiej, jako stawanie się sobą. Co temu sprzyja? Podejmowanie dla nas samych właściwych decyzji. Dlaczego więc dziecko, które kojarzy się z uwiązaną do niego, zmęczoną matką, ma przybliżać nas do wolności? Bo to właśnie często ono jest zaspokojeniem niematerialnej potrzeby, tej najczystszej i pierwotnej. Która często daje nam do zrozumienia, co tak naprawdę w życiu ma znaczenie i niekiedy uwalnia nas od konsumpcyjnego myślenia.

Usiłuje przypomnieć sobie do czego dążyłam przed urodzeniem pierwszego dziecka. Jak lubiłam spędzać czas. Mam wrażenie, że nie czułam się dobrze sama ze sobą i byłam niewolnikiem stereotypu, do którego wpada wiele młodych w dużych miastach. Knajpy, alkohol, ciuchy, faceci, generalnie nuda na całego. Piątkowy wieczór spędzić samemu oznaczał ogromne poczucie samotności. Zamiast wsłuchać się w siebie i swoje potrzeby, zagłuszałam je imprezami. Szukanie emocji na siłę, na chwile. Takie oderwanie się od samotności było najprostsze. Tylko jednocześnie trochę smutne.

Zrozumiałam niedawno swoją niezależność, czego kompletnie nie potrafiłam, wiodąc życie singielki na warszawskim Powiślu. Jasne, że było fajnie, ale dopiero przy dziecku wiem, co to jest branie odpowiedzialności za swoje życie. Dopiero teraz czuję, co to jest podejmowanie decyzji. I tak naprawdę, że mogę robić to, czego chce. To jest moja wolność. Robię co chce, mając przy boku trzy szczęścia. To mój mocny trzon. Przy nich wszystko jest łatwiejsze, lżejsze, a zarazem silniejsze. Wreszcie mogę działać z własną wolą, nie podążając za schematami.

Wolność i macierzyństwo 2