Drogi dzienniczku, nasze wakacje już za nami. Na szczęście, żyjemy! Zaczęło od urwanej końcówki od dystrybutora na stacji paliw BP. Tak, ja to zrobiłem. Wzorowałem się na rosyjskich bohaterach filmów z Youtuba. Potem było już tylko lepiej. Dzieci chore, naszpikowane lekami od góry, i czopkiem od dołu dały nam przejechać krajową siódemką pod Zakopane, bez zajęknięcia i płaczu.

W drodze na Morskie Oko rodzinnie próbowaliśmy zebrać wszystkie kamienie zalegające szosę. Pokochaliśmy wszystkie konie żmudnie wciągające swoich leniwych pasażerów. Namachaliśmy się do każdego z nich i zliczyliśmy wszystkie kupy rozkładające się plackiem na asfalcie. Opiliśmy świstaki z wody kapiącej na poboczu, a najmłodszy opił się mleka z błogosławionego, matczynego cyca. Doszliśmy do celu po niezliczonych płaczach, lamentach, obrazach i fochach. Wróciliśmy przekraczając deklarowany czas podróży o blisko 100 procent, osiągając rodzinne dwieście procent normy.

Kolejne dni to już sielanka i bułka ze swojskim masłem. Zwiedzanie Zakopanego, place zabaw, oscypki, owce, barany na Krupówkach. Delektowaliśmy się obserwacjami nieubłaganego dojrzewania naszych dzieciaków i ich prób przekraczania społecznych granic.

Przekonywaliśmy Biankę, że choć chce i może sikać tak jak tata – na stojąco, to wygodniej na nocniku siedzieć. Przekonywaliśmy Milana, że choć gryzienie współbiesiadników bawi ich jak subtelne łaskotki, to takie pieszczoty nie zaskarbią mu przyjaciół. Wreszcie przekonaliśmy siebie, że lepiej nie prezentować się tanecznie w żaden weekend miesiąca na fejsbuku. Nasze tańce w rytm zbyt młodzieżowej muzyki na telewizyjnej stacji radiowej Eska po prostu nie przystoją nawet na Redtubie.

W trakcie naszych wakacji, jak przystało na rodzinny czas relaksu i odprężenia zdecydowaliśmy się na dwie sesje zdjęciowe, a trzy kolejne przyjęliśmy ochoczo pod koniec wypoczynku. To nic, że w trakcie wyjazdu zdecydowaliśmy się ich nigdy więcej nie robić. Po prostu zbyt swojsko nam się ze sobą pracuje, a dzieciaki w trakcie zdjęć wcale nie rozpierzchają się nam jak owieczki puszczone na hektarowej łące.

Kiedy w końcu wyruszyliśmy w drogę powrotną, a moich decyzji o powrocie w tak zwanym międzyczasie było co najmniej kilka, byliśmy szczęśliwi i spełnieni. Wypoczęliśmy ile chcieliśmy, a w środku buzowało w nas gorące pragnienie nowych doświadczeń na utartym gruncie. Chcieliśmy wracać.

Droga powrotna minęła nam równie przyjemnie jak ta, na Podhale. Kilkadziesiąt kilometrów przed domem wylądowaliśmy u moich rodziców, by odebrać psa. Zjedliśmy pyszny obiad, o niebo lepszą alternatywę pizzy zamrażanki, która wisiała nad nami niczym widmo, i ruszyliśmy do domu w komplecie.

W domu przywitał nas zmrok, głucha cisza i siedemnaście strapionych stopni Celcjusza. W nocy mieliśmy dziwaczne koszmary. Marzenia o wyjeździe stąd, o przeprowadzce, wyprowadzce, sprzedaży domu, wynajmie go, o podróży życia, wyjeździe na kilka miesięcy gdzieś, gdzie będziemy wolni. Z tęsknoty za czymś, co zostawiliśmy za sobą i tym, czego nigdy w pełni nie doświadczyliśmy.

Zbudziliśmy w nas przerażenie. Marzenia i satysfakcja nie chodzą w parze. Nigdy nie będą, a wymarzony owoc starań jest robaczywy.

Sen o domu nie jest pragnieniem czterech ścian. Jest upragnieniem prywatności i przestrzeni, w której będzie nam bezpiecznie. Gwarancją, że nikt nie usunie nas z niej siłą pod byle pretekstem. Co zmienia fakt, że to nic nowego. Że wiedziałem o tym przed jego zakupem?

Jestem u siebie i nie znajduję tu własnego miejsca. Błąkam się po naszym domu i czuję, że zwiedzam cudzą własność.

Pokładamy niewyczerpane nadzieje, że trud który wkładamy w pogoń za marzeniami nam się opłaci. Że najbliższy punkt w podróży będzie docelowym. Z biegiem czasu coraz dotkliwiej wyczuwamy w tym fałsz. Żaden nim nie jest. Jakby tylko pustka w podróży była ukojeniem. Po świeżo przeżytym rozczarowaniu i w nadziei przed kolejnym. Postojem.

Tak. I taki był nasz urlop. Zbyt intensywny na relaks. Zbyt głęboki na odpoczynek.